Czytaj nas! Codziennie nowe informacje!

    Dawno temu, kiedy istniała jeszcze Czechosłowacja, a po Polsce jeździły syrenki i trabanty, moja rodzina co miesiąc przeżywała ten sam stres. Żeby odwiedzić prababkę, dziadków oraz niezwykle liczne grono wujków i ciotek, musieliśmy przechodzić z Polski przez granicę, gdyż większość z nich mieszkała na Zaolziu.

    Nie mieliśmy samochodu, jechaliśmy więc pociągiem do Chałupek, stamtąd pieszo do Bogumina, a potem jeszcze autobusem i koleją do Stonawy i okolic. Choć cała operacja była żmudna i skomplikowana, najgorszą częścią była zawsze sama granica. Nigdy nie wiedzieliśmy, co się nam przydarzy i czy nas wszystkich przepuszczą.

    Wejście na przejście

    Zaczynało się od samego wejścia na przejście. O ile na przykład w Cieszynie ruch pieszych odbywał się w miarę płynnie, to w Chałupkach obsługa granicy wpadła na pomysł, że lepiej podróżnych sprawdzać grupami.

    W tym celu przed wejściem zamontowano zamykaną elektrycznie bramkę z dzwonkiem. Od tego, jak nacisnęło się czerwony guzik i kto usłyszał dzwonienie, zależało bardzo często powodzenie całej akcji. Jeśli miało się wyjątkowe szczęście, bramka otwierała się od razu i można było podejść do okienka.

    Ale najczęściej trzeba było czekać. Załoga jadła, więc nie przepuszczała. Załoga bawiła się pieczątkami, więc nie przepuszczała. Miała zmianę składu czy oglądała w telewizji jakiś niezwykle ważny mecz. A czasem załoga wydzierała się po prostu na nieszczęśnika, który odważył się nacisnąć dzwonek, i wtedy na złość też nie przepuszczała.

    Polska Rzeczpospolita Ludowa i Czechosłowacka Republika Socjalistyczna były w tamtych czasach bratnimi krajami. I choć ta bratnia pomoc i współpraca miały się doskonale na papierze i w prasie, my spędzaliśmy długie godziny w oczekiwaniu na jakieś braterskie instynkty służb granicznych.

    Zaproszenie od dziadków

    Kiedy w końcu bramka się otwierała, z okienka budki wynurzała się ręka niezmiennie ponurego oficera WOP-u, który zabierał paszporty, po czym zwykle przez dłuższą chwilę wertował gruby czarny zeszyt, sprawdzając, czy przechodzący nie jest przypadkiem kryminalistą lub, co gorsza, wrogiem systemu albo udokumentowanym szmuglerem.

    Na widok naszej międzynarodowej rodziny pogranicznicy zwykle popadali w konsternację, wzmagali czujność i wypytywali szczegółowo, po co, do kogo i na jak długo się wybieramy. Jeśli pogranicznik miał dobry humor, to wbijał pieczątkę od razu, ale najczęściej następowała cała seria dodatkowych pytań.

    Po przejściu tego etapu paszporty wędrowały do następnego okienka, w którym siedział polski celnik. Przy wyjeździe z Polski zwykle nie było z nim problemu, za to pojawiały się w drodze powrotnej.

    W następnym okienku siedział czechosłowacki strażnik graniczny, strzegący socjalistycznej republiki przed najazdem gości z bratniej Polski i przed wrażą propagandą tychże. Czechosłowacki strażnik był najważniejszą osobą na granicznym moście, bo to on decydował, co w danym dniu uprawnia do przekroczenia granicy.

    Czasem domagał się oficjalnego zaproszenia od dziadków, innym razem stwierdzał, że zaproszenie jest niepotrzebne, bo przecież jedziemy z czechosłowackim obywatelem w osobie mojej mamy. W zależności od humoru albo przybijał na zaproszeniu pieczątkę, tym samym je unieważniając, albo oddawał bez pieczątki, żeby można było wykorzystać je jeszcze raz. Od czasu do czasu oznajmiał, że zaproszenie jest nieważne, bo dziadek wysłał go dwa miesiące wcześniej i od tego czasu mógł przecież dawno umrzeć.

    Wymiana waluty

    Czasem domagał się przepustki, innym razem paszportu. Czasem chciał widzieć dowód osobisty, innym razem oświadczał, że dowodów absolutnie nie wolno wywozić za granicę i nas nie przepuści. Raz domagał się oficjalnej wymiany i straszył, że bez jakiejś tam ilości koron na głowę nie przepuści, kiedy indziej pytał, czy mamy jakieś korony, bo nie wolno przewozić, więc jeśli mamy, to nas nie wpuści.

    Nie interesowało go, że musimy jakoś dojechać do dziadka. Był zakaz przewożenia i tyle. I tak za każdym razem przechodziliśmy przez cyrk rodem z Kafki. Tyle że nikomu nie było do śmiechu. a wszystko zależało od interpretacji i humoru siedzącego w okienku służbisty.

    Największym służbistą był niejaki Vašek, który wynajdywał problemy, byle nie przepuścić delikwenta na drugą stronę. Pewnego razu zapytał, czy mamy wymianę, na co mój ojciec przytomnie odpowiedział, że nie, bo poprzednim razem nie była potrzebna. Na co Vašek wyraźnie ucieszony powiedział, że nas nie przepuści, bo wymiana musi być. Po usilnych prośbach, błaganiach i machaniu czechosłowackim paszportem mojej mamy Vašek zgodził się łaskawie, żebyśmy w drodze absolutnego wyjątku przeszli. Ale ostatni raz.

    W drodze powrotnej Vašek siedział przy odprawie do Polski, więc mój ojciec postanowił dowiedzieć się, jak to jest z tą wymianą. Zapytał Vaška, a ten odpowiedział, że wymiana w żadnym wypadku nie jest potrzebna i nie ma pojęcia, co za idiota domagał się jej od nas, kiedy chcieliśmy wjechać do Czechosłowacji. Moi rodzice byli na skraju załamania nerwowego, a Kafka histerycznie chichotał z zaświatów.

    Polowanie na wrogów systemu

    Celnicy czechosłowaccy polowali na wrogów systemu. Zwykle pytali nas, czy przewozimy jakieś gazety, a jako że mój dziadek pracował wtedy w redakcji pewnego czasopisma, zawsze prosił nas o nową polską prasę. Sęk w tym, że to, co całkiem legalnie wydawano w Polsce, w Czechosłowacji było zabronione, bo taka „Polityka” na przykład przekazywała niezwykle wywrotowe treści.

    Kiedy więc celnicy znajdowali w naszych bagażach jakąś prasę, to albo wycinali wraże fragmenty tekstu, albo najczęściej po prostu zabierali całość pod pretekstem zakazu przewożenia. W rezultacie nigdy nie wiedzieliśmy, czy gazety dla dziadka dojadą, czy wylądują w śmietniku.

    Kiedyś wieźliśmy babci w podarunku prześcieradła. Zobaczyła je celniczka, już nie pamiętam polska czy czeska, i oznajmiła, że absolutnie nie przepuści nas z nimi na drugą stronę. Do dziś pamiętam mamę patrzącą ze łzami w oczach, bo to były porządne nowe prześcieradła, na tatę, który drze je na kawałki i wrzuca do kosza.

    Przemytnicy z masłem

    W drodze powrotnej wcale nie było łatwiej. Władze bratniej Czechosłowacji były przekonane, że Polacy wywożą z socjalistycznego raju niedostępne w polskich sklepach dobra, takie jak kawa, czekolada, skarpetki czy buty. Żeby temu zapobiec, czechosłowaccy celnicy bacznie obserwowali przechodzących i kiedy nabierali podejrzeń, kazali zdejmować z siebie kolejne warstwy odzieży, łącznie z rzeczonymi butami.

    Do dziś pamiętam, jak po kupieniu nowych butów rodzice i dziadkowie kazali mi biegać po błocie, ziemi i trawie, żeby buty wyglądały na używane. Dodatkowo wycinaliśmy metki, żeby pozbyć się obciążających dowodów. Kawę trzeba było przewozić pod koszulą, tam najczęściej nie sprawdzali. A wszystko to w wielkim stresie, bo znalezione dobra po prostu przepadały, i w poczuciu wielkiej winy, bo służby graniczne robiły z ludzi, którzy wieźli paczkę kawy albo kostkę masła, przemytników.

    Jeszcze większe problemy z wjazdem do PRL-u mieli obywatele czechosłowaccy, czyli znakomita większość mojej rodziny. Kiedy pewnego razu moja ciocia, która studiowała w Polsce, chciała zabrać do akademika kostkę masła, celnicy zawrócili ją z masłem na drugą stronę Odry.

    Innym razem chciał nas odwiedzić wujek, brat mojej mamy. Choć miał paszport i zaproszenie, a mój tato czekał na niego po polskiej stronie, wujek nie przeszedł, bo polski pogranicznik oznajmił mu, że zaproszenia są tylko dla najbliższej rodziny. A brat nie jest najbliższą rodziną. Koniec, kropka, z powrotem.

    Do Polski nie można było wwozić właściwie niczego. Celnicy nie czepiali się jedynie czeskich książek i płyt gramofonowych, cała reszta towarów była na czarnej liście. Wiedząc o tym, objadałem się u dziadków czeskimi batonikami i czekoladą na zapas, a do Polski wiozłem zwykle jakąś czeską książkę albo gazety.

    Schowek pod tapicerką

    Kiedy zaczęliśmy jeździć do dziadka samochodem, pojawiły się podobne problemy. Bramkę z dzwonkiem zastąpił wiecznie opuszczony szlaban, a od strony czechosłowackiej światła, które z jakiegoś tajemniczego powodu zawsze świeciły na czerwono.

    Na samej granicy celnicy zwykle wpadali do samochodu i sprawdzali bagaże, bagażnik i całe wnętrze tak skrupulatnie, jakbyśmy szmuglowali narkotyki. Kilka razy dobierali się do tapicerki, bo ubzdurali sobie, że coś tam pod nią wieziemy. Kiedy indziej robili problemy z zieloną kartą albo wyposażeniem auta, bo w myśl jakichś czechosłowackich przepisów każdy kierowca musiał obowiązkowo posiadać trójkąt ostrzegawczy i linkę holowniczą.

    Po czechosłowackiej stronie funkcjonariusze VB, czyli czechosłowackiej milicji, polowali na auta z Polski i wlepiali surowe mandaty za brak któregoś z elementów wyposażenia. A jeśli nawet wyposażenie było kompletne, to i tak zawsze znaleźli coś, za co można było kierowcę ukarać. No a z mandatami był problem, bo najczęściej nie wolno było przewozić koron, złotówek nie przyjmowali, a z kolei brak pieniędzy na mandat groził zatrzymaniem paszportu i prawa jazdy.

    Tak było przez lata. Dlatego mam fobię graniczną, tak jak i reszta mojej rodziny. Toteż cieszę się jak dziecko, że się skończyło. Z drugiej jednak strony zdaję sobię sprawę, że komfort Schengen jest złudny. Nie jestem idealistą i uważam, że granice są potrzebne. Ale nie powinny być miejscem, w którym upadla się ludzi.

    KRZYSZTOF WAWRZYNIAK

    („Zwrot”, 2010, nr 11)

    Tagi: , ,

      Komentarze

      Czytaj również


      Pojechała do Chin na stypendium. Zdążyła wrócić przed epidemią
      Sierpień042020

      Pojechała do Chin na stypendium. Zdążyła wrócić przed epidemią

      Kolarze pojechali na 75-kilometrową wycieczkę
      Sierpień042020

      Kolarze pojechali na 75-kilometrową wycieczkę

      Sejmik w Stonawie przed Zgromadzeniem Ogólnym innym niż zwykle
      Sierpień032020

      Sejmik w Stonawie przed Zgromadzeniem Ogólnym innym niż zwykle

      Województwo morawsko-śląskie zielone. Ministerstwo pokazało „semafor”
      Sierpień032020

      Województwo morawsko-śląskie zielone. Ministerstwo pokazało „semafor”

      📷 Targ Staroci w Cieszynie cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem
      Sierpień032020

      📷 Targ Staroci w Cieszynie cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem

      I byłoby po Gorolskim Święcie
      Sierpień032020

      I byłoby po Gorolskim Święcie

      Na Sejmiku Gminnym w Trzyńcu
      Sierpień032020

      Na Sejmiku Gminnym w Trzyńcu

      Nad Ropiczanką będzie najdłuższy most na trzecim odcinku obwodnicy Trzyńca
      Sierpień032020

      Nad Ropiczanką będzie najdłuższy most na trzecim odcinku obwodnicy Trzyńca


      #KTOTYJESTEŚ

      REKLAMA
      REKLAMA

      ZWROT TV

      Senat Rzeczypospolitej Polskiej Ministerstvo Kultury Fundacja MSZ Fortissimo haloCieszyn

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl www.prekladypygmalion.cz

      Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.
      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.

      Website Security Test