– Mam ciekawą datę urodzenia, 19.9.1919 – rozpoczął snucie wspomnień o rzeczach i sprawach dawno minionych, a jednak zapamiętanych na całe życie Władysław Gałuszka, stonawianin z urodzenia i wyboru, emerytowany nauczyciel i aktywny działacz społeczny.

U bolszewika

Kiedy wybuchła I wojna światowa, ojciec Władysława Gałuszki był młodym mężczyzną. Niedługo miał zostać ojcem, a tymczasem powołano go do wojska austriackiego. – Mój starszy brat Robert urodził się już po odjeździe taty na wojnę – wspominał pan Władysław.

– Ojciec zaraz na początku wojny dostał się do niewoli bolszewickiej w Rosji. Jako żołnierz austriacki służył w Małopolsce na granicy rosyjsko-austriackiej. Żołnierze kopali okopy, w niektórych miejscach były one dość blisko okopów nieprzyjacielskich, niekiedy znajdowały się tylko w odległości stu metrów. Kiedy nie strzelano, żołnierze wołali do siebie nawzajem. Okazało się, że bolszewicy z nieprzyjacielskiego okopu mówią tym samym językiem, bo to też byli Polacy. Umówili się więc, że przecież nie będą do siebie strzelać, ale chętnie razem wypiją. Żołnierze austriaccy w mundurach bez broni wyszli ze swoich okopów i poszli do wroga. Mój wujek, brat matki, który był w Rumunii, opisał w swoich pamiętnikach, że tam na Boże Narodzenie nawet razem grano i tańczono w okopach bolszewików – opowiadał Władysław Gałuszka.

– Ale akurat tak się stało, że kiedy mój ojciec bawił się w okopach nieprzyjaciela, przyjechała tam kontrola wyższych organów wojskowych, byli to kozacy na koniach. Ojciec miał szczęście, że go nie zastrzelono, lecz dostał się do niewoli. Pracował razem z kilkunastoma innymi żołnierzami z naszego terenu w folwarku aż za Moskwą w okolicach Kazania. Wcześniej jeździł z końmi w kopalni, konie lubił i umiał się z nimi obchodzić. Nawet wiele lat później, kiedy był już na emeryturze, a trzeba było orać, z przyjemnością prowadził konie. I wtedy na tym folwarku też powoził kolasą, w której siedziała pani baronowa.

– Taką miał niewolę, miał się lepiej niż w domu, o wojnie nic nie wiedział, jedzenia miał pod dostatkiem. W domu jednak, bo austriackie władze wiedziały o tej ucieczce, był w ewidencji jako dezerter i matka przez 5 lat nie dostawała żadnych pieniędzy. Pomagali dziadkowie. Ojciec powrócił do domu już po wojnie w grudniu 1918 r. Mama chciała mieć jeszcze córkę, ale urodziłem się ja. Po raz trzeci też się nie udało, urodził się mój młodszy brat Edward.

Studenckie czasy

– Gimnazjum orłowskie kończyłem w 1938 r. – opowiadał Władysław Gałuszka o własnych przeżyciach z okresu poprzedzającego II wojnę światową. – Po maturze w lipcu pojechałem na miesiąc do Zakopanego, znajdował się tam ośrodek dla Polaków z zagranicy. W sierpniu byłem w domu, w Stonawie 13-15.8.1938 odbywał się II Zlot Młodzieży Katolickiej, byłem członkiem komitetu organizacyjnego. W październiku szliśmy piechotą ze Stonawy do Cieszyna witać polskie wojsko, które wkroczyło na Zaolzie. Przez kilka dni granica była na Stonawce i tu byli polscy żołnierze, potem przesunięto ją dalej.

– Miałem w planie studia chemii na politechnice w Brnie, lecz nagle znaleźliśmy się w granicach Polski. Razem z kolegą Paszkiem pojechaliśmy do Lwowa i chociaż byliśmy spóźnieni, przyjęto nas na studia. Mieszkaliśmy w domu akademickim, bardzo nowoczesnym, z telefonem i radiem dla ponad 500 studentów. Pięciopiętrowy budynek w kształcie kwadratu z ogrodem i ławeczkami w środku miał z zewnątrz tylko jedno wejście, na portierni kontrolowano nasze legitymacje.

– Bardzo dobrze wspominam Lwów, wtedy miasto z wieloma tysiącami studentów, i tamten okres studiów, chociaż wyczuwano już wtedy napięcie, była tam trochę taka wojenna atmosfera. Niemcy byli już na Słowacji i studencka organizacja we Lwowie organizowała wypad na Słowację jako pomoc przeciwko Niemcom. Jesienią 1938 r. lwowscy studenci zorganizowali strajk akademicki, odbywały się zebrania, przemówienia miały charakter antyrządowy. Lwów był opanowany przez narodowców, którzy byli przeciwko rządowi.

– Studenci, którzy mieszkali w moim akademiku, organizowali akcje antyżydowskie, tzw. dzień bez Żyda. Żydzi musieli wtedy siedzieć w domu. Jeden z nich kręcił się po akademiku i został zamordowany. Po tym incydencie do akademika wtargnęło o północy ponad 500 policjantów, których sprowadzono z całej Polski. Studenci z pięter zrzucali na policjantów żelazne łóżka, krzesła, lali wodę. Policjanci użyli bomb gazowych. Mieszkałem wtedy z kolegą na parterze, zamknęliśmy się w pokoju, nie braliśmy udziału w tej akcji. Policjanci również nas wylegitymowali, ale powiedzieliśmy, że jesteśmy z Zaolzia, i nie czepiali się nas. Kilkunastu studentów zostało wtedy aresztowanych. Jeszcze przez kilka dni po tych zamieszkach wszyscy mieli czerwone oczy.

– Na wakacje przyjechałem do domu, rzeczy moje zostały we Lwowie, do głowy mi nie przyszło, że już tam nie wrócę. W lipcu byłem na obowiązkowym akademickim obozie wojskowym. Polskie mundury wojskowe trzymaliśmy w domu i przynajmniej raz w miesiącu chodziliśmy na ćwiczenia wojskowe do koszar. A podczas wakacji mogliśmy wybrać obóz społeczno-wojskowy lub wojskowy, ja wybrałem ten pierwszy, bo bardziej interesowała mnie praca społeczna, już wcześniej w Stonawie działałem w stowarzyszeniu młodzieży, w chórze itd. Obóz znajdował się na zachód od Lwowa, w tej wiosce połowę ludności stanowili Ukraińcy, połowę Polacy. Większość Polaków przeprowadziła się tam po I wojnie światowej. Szkoły były dwie: ukraińska i polska. Naszym zadaniem było m.in. uświadamianie ludności polskiej jej tożsamości narodowej, mieliśmy spisy metryk z urzędu, chodziliśmy po domach i spisywali z Polakami ich rodowody. Przygotowywaliśmy także ogniska z programem kulturalnym. W sierpniu przyjechałem do domu. Pod koniec sierpnia ogłoszono mobilizację, musieliśmy oddać mundury, bo nie byliśmy żołnierzami.

Wojenne ścieżki

Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, Władysław Gałuszka tak jak wszyscy zastanawiał się, co robić, zostać czy uciekać przed Niemcami. – Wcześnie rano – wspominał pierwsze godziny wojny – wysłano z gminy harcerzy w stronę Suchej, by sprawdzili, czy idą już Niemcy. Szli polną drogą, kiedy nagle Niemcy z głównej drogi zaczęli do nich strzelać. Tadeusz Niemczyk dostał dwa strzały, jeden do nogi, więc nie mógł uciekać, drugi do brzucha. Przetransportowano go do Cieszyna do szpitala, ale szpital już był ewakuowany, nie było lekarzy. Niemczyk po 3 dniach zmarł, był pierwszą ofiarą wojny. Dowiedziałem się o tej strzelaninie od braci Marciniaków, którzy byli jej świadkami i akurat wrócili do domu, kiedy przyszedłem zapytać, co robić dalej.

– Niemcy wjeżdżali już do Stonawy i podjęliśmy decyzję, że uciekamy. Wydawało mi się, że trzeba uciekać do Lwowa, tam przecież zostały moje rzeczy. Wziąłem z domu plecak, namiot, menażkę, mama dała trochę boczku. Przyszedł akurat Józef Kazik, starszy kolega, który w Pradze studiował prawo, spytać, co robimy. Uciekamy, odpowiedziałem mu, mamy być martwi tu pod Niemcami, to zgińmy raczej w ojczyźnie, w Polsce. To go przekonało. Poszliśmy w trójkę, razem z moim młodszym bratem, który studiował ogrodnictwo w Poznaniu i był wtedy także w domu, natomiast starszy brat został zmobilizowany i przebywał już za Krakowem. Mama nie bardzo chciała nas wypuścić, ojca nie było w domu, był kolejarzem i miał akurat służbę. Dołączył do nas jeszcze kolega Eugeniusz Swaczyna, z którym razem graliśmy w zespole instrumentalnym i śpiewaliśmy w chórze.

– Miałem mapę Polski, wybraliśmy drogę na Frysztat, żeby było równo od granicy, bo wiadomo było, że Niemcy idą i od Bogumina, i od Cieszyna. Szliśmy bocznymi drogami w tę stronę, z której nie dochodziły strzały. Trzeciego dnia, kiedy od południa mijaliśmy Kraków, widzieliśmy w dole bombardowane przez Niemców miasto. Sami też przeżyliśmy nalot, a było to na drodze przed mostem, gdzie zgromadziło się wiele wojska i cywilów uciekających z całym dobytkiem na wschód. Samoloty niemieckie leciały całkiem nisko i strzelano z nich, było to po prostu polowanie na ludzi. Pobiegliśmy szybko i położyliśmy się w zbożu. Kiedy samoloty odleciały, zobaczyliśmy wiele trupów, martwych ludzi, zastrzelone konie. Uciekaliśmy coraz dalej na wschód, aż doszliśmy już blisko sowieckiej granicy. Z dwojga złego wybraliśmy powrót do domu, do mamy.

– Doszliśmy do niemieckiej granicy. Zgromadzono nas wraz z innymi cywilami, szliśmy piechotą do Rzeszowa, tam pozwolono nam jechać do domu, ale w wagonach bydlęcych w pociągu ewakuacyjnym. W jednym wagonie było ok. 50 osób. Siedzieliśmy na podłodze oparci o siebie plecami. Kiedy w nocy pociąg zatrzymał się, zdecydowaliśmy się na ucieczkę do lasu. Niemcy zaczęli do nas strzelać, ale było ciemno i nie trafili. Przeczekaliśmy w jakimś domu. Dotarliśmy potem do Wieliczki na dworzec, dostaliśmy bilet do Karwiny i pojechaliśmy cywilnym pociągiem. Do domu z karwińskiego dworca przedzieraliśmy się raczej przez krzaki koło Stonawki, żeby nas nikt nie widział.

– Zacząłem chodzić na kurs języka niemieckiego, prowadził go nauczyciel, który uczył nas w szkole ludowej. Potem poszedłem do pracy w kopalni Jan w Karwinie, pracowałem na powierzchni przy obróbce drewnianych stempli. Przemokłem i dostałem zapalenia płuc. Zostałem zwolniony z pracy. Zachorowałem potem na tuberkulozę, a po leczeniu nadawałem się tylko do lekkiej pracy. Do końca wojny byłem pomocnikiem dentysty.

(Urodzony pod szczęśliwą datą. „Zwrot” 2009 nr 9)

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWładysław Gałuszka ze Stonawy był wieloletnim dyrektorem Polskiej Szkoły Podstawowej w Wędryni, prezesem Miejscowego Koła Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w Wędryni oraz w Stonawie, prezesem Klubu Przyjaciół Stonawy, przewodniczącym Klubu Prelegentów ZG PZKO, członkiem Sekcji Historii Regionu ZG PZKO, działaczem PTTS Beskid Śląski. Zmarł 28.11.2012 w wieku 93 lat.

Tagi: , , , , , , , , , ,

Komentarze

Czytaj również

Senat Rzeczypospolitej Polskiej Ministerstvo Kultury Fundacja MSZ Fortissimo haloCieszyn

www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl www.prekladypygmalion.cz

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.
Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.

Website Security Test