indi
E-mail: indi@zwrot.cz
OLBRACHCICE / W środę 30 września przy szkole w Olbrachcicach odbyła się kolejna edycja Dnia Farmera. O idei wydarzenia, jego edukacyjnym charakterze oraz o tym, czego dzieci mogą nauczyć się dzięki przygotowaniu stoisk i sprzedaży produktów, rozmawiamy z Jolantą Kożusznik, dyrektorką szkoły i przedszkola w Olbrachcicach.
W tym roku przy szkole
Tym razem Dzień Farmera odbywa się nie w Domu PZKO, ale przy szkole. Dlaczego?
Udało się, ponieważ pogoda dopisuje i chcemy skorzystać z tego, że możemy być na dworze. Dzieci mogą się wybiegać, ludzie spotkać pod pięknymi klonami, a atmosfera będzie taka iście rodzinna.
Jaka właściwie jest idea Dnia Farmera?
Ideą jest przede wszystkim to, żeby wspólnie się spotkać. Uczniowie, rodzice, przyjaciele, babcie, wszyscy z bliska i z daleka. Żeby spotkali się przy wspólnym, powiedziałabym, farmerskim bufecie.
I żeby dzieci miały okazję przekonać się na własnej skórze, jak się sprzedaje i kupuje oraz ile pracy trzeba włożyć w przygotowanie produktów. A potem po prostu je oferować i czekać, czy się sprzedadzą, czy nie.
Czyli wydarzenie ma również charakter edukacyjny?
Przede wszystkim.
Ma to być lekcja czego? Ekonomii, przedsiębiorczości?
– Biznesu, powiedziałabym. Dzieci naprawdę się do tego przygotowują. Na zajęciach robią różne produkty i ozdoby, które później sprzedają podczas Dnia Farmera.
Skąd pochodzą sprzedawane produkty?
Do niedawna mieliśmy jeszcze plony z własnego, szkolnego ogródka. W tym roku przez całe lato ogród przechodził jednak wielki remont.
A więc uczniowie sami opiekowali się uprawami?
Tak. Zawsze coś sobie tam wyhodowały. Oczywiście duża część produktów to również dary rodziców i babć. A w tym roku to głównie to, co uczniowier, ich rodzice i dziadkowie wyhodowali w przydomowych ogródkach. Są najróżniejsze przeciery, domowe pomidory, jajka, ziemniaki, chleby. Wszystko opiera się na tym, co daje ogród.
Szkoła wiejska i życie blisko natury
A dlaczego Dzień Farmera? Wiemy już, że chodzi o uczenie zaradności i wspólne spotkanie. Dlaczego akurat taka forma?
Jesteśmy przede wszystkim szkołą wiejską. Większość dzieci mieszka w domach, ma ogrody albo przynajmniej dziadków czy sąsiadów, którzy je mają. Plony i różne produkty są więc obecne w ich otoczeniu. Chcemy dzieciom pokazać, co wszystko można uzyskać z własnych ogrodów.
Czyli ważna jest również idea życia bliżej natury?
Na pewno. Ważna jest bliskość natury i szacunek do pracy, którą trzeba włożyć w ogródki czy małe poletka. Tu nie ma żadnych wielkich farmerów, ale, jako że mieszkamy na wsi, to większość dzieci z przydomowymi ogródkami ma do czynienia. Jak nie u siebie, to u dziadków.
Skąd naprawdę bierze się jedzenie
Czyli dzieci, ale również ich rodzice, dziadkowie i całe rodziny mają nie tylko miło spędzić czas, lecz także wynieść stąd wiedzę i doświadczenie?
Tak. Chciałabym, żeby dzieci miło spędziły czas, ale też coś z tego wyniosły. Zarówno jeżeli chodzi o ekonomię, jak i wiedzę o produktach. Żeby wiedziały, co do czego służy i co z czego można zrobić. Że z pomidorów robi się przeciery, że do babki z orzechami potrzebne są orzechy, które trzeba wcześniej wyłupać, że potrzebne są jajka, a jajka znosi kura. Chodzi po prostu o to, żeby być naprawdę bliżej natury. A co do samej imprezy, to wspólnie przeżyć ten czas.
Czyli chodzi także o świadomość, że jedzenie nie bierze się po prostu ze sklepu, a pieniądze nie biorą się znikąd?
Dokładnie. Chodzi o to, żeby dzieci wiedziały, że produkty, które kupujemy w Kauflandzie czy innym sklepie, nie biorą się tam znikąd. Ktoś musi je wcześniej wyhodować, przygotować i dostarczyć.


































