Redakcja
E-mail: redaktor@zwrot.cz
Publikujemy ciąg dalszy korespondencji Mateusza Lipowskiego z Korei. Linki do poprzednich odcinków znajdziesz tutaj.
Drugiego dnia mojej wędrówki na Ullŭng-do obudziłem się tuż przed wschodem słońca. Po porannej przechadzce i zrobieniu paru fotografii spakowałem plecak i wyruszyłem w kierunku portu.
Tajemnicza mała butelka
Rejs trwał około czterech godzin. Tuż przed wypłynięciem zawitałem do bufetu, by kupić śniadanie. Sprzedawczyni zapytała mnie, czy ma mi do zakupu dorzucić także małą butelkę, której zawartość była dla mnie zagadką. Kiedy zapytałem, co to takiego, wyjaśniła mi, że po wypiciu zawartości tej butelki ”wymioty nie są aż takie straszne”. Odmówiłem.
Zaraz po tym, jak zostawiliśmy spokojne wody portu za rufą, zrozumiałem, dlaczego pani patrzyła na mnie z pewnym niepokojem, gdy powiedziałem jej, że myślę, że dam radę i bez tego lekarstwa. Fale były wysokie, wiatr mocno wiał, pokład naszej niewielkiej łódki nieźle bujał. Liczna część podróżujących sięgnęła po rozdawane przed wypłynięciem czarne woreczki. Mnie się jednak podobało. Było jak na karuzeli.
Na wyspie
Do celu dotarliśmy koło południa. Znalazłem restaurację, w której zamówiłem obiad, podładowałem komórkę i zaplanowałem resztę wyprawy. Postanowiłem wspiąć się na najwyższy szczyt wyspy – niespełna 1000 metrów wysoką górę Sŏngin-bong. Wspinaczka ta była niesamowitym przeżyciem. Przepiękna przyroda, niemal żadni ludzie, śpiew ptaków, duże motyle, bambusy, nieduży klasztor buddystów… Po prostu niezwykły klimat.
Szok nastąpił, kiedy zszedłem do doliny po drugiej stronie góry. Mapy znów nie działały! Jak ja teraz wrócę do portu, chyba nie tą samą drogą?! Na szczęście pewna miła pani wyjaśniła mi, że najlepszym rozwiązaniem będzie pójście na północne wybrzeże, gdzie powinien znajdować się przystanek autobusu. Zapytałem ją, czy gdzieś w pobliżu jest bankomat, ciągle nie miałem bowiem gotówki potrzebnej do kupienia biletu w autobusie.
Pani powiedziała, że jest i że mi pokaże gdzie. Zaprowadziła mnie do swojego sklepiku, wyjęła z szufladki dwa banknoty i z uśmiechem mi je podała. Podziękowałem i po upewnieniu się, że można płacić kartą, uzupełniłem zapasy jedzenia i picia. W drodze na autobus towarzyszył mi niesamowity widok na słońce zachodzące za horyzont między skałami wystającymi z morza.
Kolejny gest dobroci
Kiedy w końcu udało mi się wrócić do miasteczka z portem, postanowiłem kupić sobie jeszcze ciepłą kolację, zanim położę się do snu (oczywiście w śpiworze na plaży). Jakie było moje zaskoczenie, gdy dowiedziałem się, że mi pewien dziadek, z którym podczas kolacji rozmawiałem, zapewnił pokój w niedalekim hostelu! Jako podziękowanie przynajmniej zapłaciłem za jego piwo.
Trzeci dzień wyprawy był najtrudniejszy. Żeby wrócić do akademika, musiałem popłynąć łodzią, złapać dwie taksówki, dwa autobusy, pociąg i jeszcze pokonać parę kilometrów piechotą. Dobrze, że się przed tym mogłem wyspać w łóżku.
Ta trzydniowa wędrówka była niesamowitym przeżyciem. Widziałem miejsca, których nigdy nie zapomnę i spróbowałem przepyszne dania. Najbardziej zafascynowała mnie jednak dobroć miejscowych ludzi. Podczas licznych podróży po Europie również natrafiłem na wiele wspaniałych osób, ale takiej troski o osobę, której się nigdy wcześniej nie spotkało, nigdy nie doświadczyłem. Wygląda na to, że jeżeli chodzi o kulturalne zachowanie wobec obcych, możemy się od krajów wschodnich wiele nauczyć.














Tagi: Korea, Koreańskie przygody, Mateusz Lipowski