W internecie popularny jest ostatnio trend przypominania wydarzeń sprzed 10 lat. W 2016 roku w Polsce koncertowały takie grupy jak Deep Purple, Iron Maiden, Scorpions czy Black Sabbath – ci ostatni jako jedyni z tego grona są już nieaktywni (chociaż z fanami żegnali się rok temu, na tygodnie przed śmiercią Ozzy’ego Ozzbourne).

    W 2026 z kolei, w linii maksymalnie 120 kilometrów od Olzy, będziemy mogli zobaczyć takich muzycznych weteranów jak Metallica, Judas Priest czy Eric Clapton. To rodzi pytanie: czy ci artyści złamali kod nieśmiertelności, czy jednak żyjemy w czasach zmierzchu bogów?

    Przywykliśmy do luksusu

    Do Krakowa przyjedzie 80-letni Eric Clapton, dla którego będzie to powrót do Polski po niemal 12 latach. W Ostrawie zobaczyć będzie Judas Priest, na czele z 74-letnim Robem Halfordem. W Chorzowie za to wystąpi „młodzież” w tym gronie – Metallica, złożona z czwórki 60-kilkulatków.

    Można odnieść wrażenie, że te koncerty nie robią na nikim większego wrażenia. Oczywiście, to wciąż duże muzyczne wydarzenia – Metallica wyprzedaje w dwa dni Stadion Śląski, Eric Clapton krakowską Tauron Arenę, a Judasi nie mają problemu z zapełnieniem Ostravar Areny. Newsy o koncertach się klikają, ludzie trochę psioczą na ceny, ale ostatecznie wejściówki kupują.

    Żyjemy jednak w czasach, w których co roku możemy oglądać występy zespołów grających od lat 70. czy 80. ubiegłego wieku. Wszystkie wymienione w tym tekście formacje co roku w ostatnich latach przyjeżdżały na europejskie tournée, niejednokrotnie zahaczając czy to o Polskę czy Czechy. Dlatego też każdą kolejną wizytę artysty o globalnym zasięgu traktujemy jako coś oczywistego, nie myśląc, że może być jego ostatnią.

    Zmierzch bogów

    Cofnijmy się do 2010 roku. Muzyczny świat obiegła informacja o śmierci ikony muzyki heavy metalowej – 68-letniego Ronniego Jamesa Dio. Do dziś pamiętam, jak na warszawskim lotnisku Bemowo, gdzie odbywał się historyczny pierwszy wspólny koncert Wielkiej Czwórki amerykańskiego thrash metalu, Anthrax w hołdzie zmarłemu zagrał krótki fragment „Heaven and Hell”. Występ odbywał się równo miesiąc od śmierci Dio i czuć było, że ten krótki moment zapadł w pamięci wielu spośród 80 tysięcy widzów.

    Trzy lata później żegnaliśmy muzyka, który tego dnia występował na warszawskiej scenie Sonisphere Festivalu – gitarzystę grupy Slayer, Jeffa Hannemana, który odszedł w wieku zaledwie 49 lat. W kolejnych latach rockowy i metalowy świat opłakiwał Lemmy’ego Kilmistera, Chrisa Cornella, Eddiego Van Halena, Davida Bowiego czy Ozzy’ego Osbourne’a, który odszedł niedługo po pamiętnym „End of the beginning” – pożegnalnym występie Black Sabbath, który raz jeszcze po latach zszedł się w oryginalnym składzie.

    Każde z tych wydarzeń działało na wyobraźnię – oto ci, których muzyka była i wciąż jest dla nas ważna, odchodzą. Oto ci, którzy ukształtowali brzmienie i wpłynęli na pokolenia – odchodzą. Oto ci nieśmiertelni – jednak odchodzą.

    O zmierzchu bogów mówią też inne, mniejsze „znaki”. W ostatnich dniach po muzycznych mediach krążyła wypowiedź frontmana Metalliki, Jamesa Hetfielda. Oto muzyk, uznawany za mistrza gitary rytmicznej przyznaje, że ma trudności z graniem na żywo utworu „Master of Puppets”. Hymnu, bez którego trudno sobie wyobrazić setlistę zespołu. Ba! 63-latek dodaje, że pozostali jego kompani na scenie mają swoje własne listy utworów sprawiających im trudności. To skłania do refleksji, czy w perspektywie kolejnych pięciu, może dziesięciu lat czterej panowie z Bay Area będą w stanie grać utwory w tempie 200-220 uderzeń na minutę. Jeśli nie, to ich fani pozbawieni takich klasyków jak „One” czy „Master” mogą być lekko zawiedzeni.

    Muzyczne carpe diem

    Nie chcę jednak brzmieć jak muzyczny zgred, mówiący, że „kiedyś to było”. To spore szczęście urodzić się w czasach, w których mogłem zobaczyć tytanów w swoich gatunkach – kilkukrotnie Metallikę i Iron Maiden, Deep Purple, System of a Down, Motorhead, a teraz – jako człowiek bliższy czterdziestce niż trzydziestce – będę mógł dołączyć do tego grona Erica Claptona czy Judas Priest. Pluć sobie w brodę mogę jedynie za to, że nie zobaczyłem Black Sabbath występujących około kilometra od mojego mieszkania.

    Dlatego zamiast narzekać, że Metallica, Judas Priest czy Clapton grają koncerty złożone z 14-15, a nie 20-25 utworów, jak przed laty, lepiej docenić fakt, że wciąż je grają i to na bardzo wysokim poziomie. Przyciągają tłumy fanów „chwytających dzień”, w którym mogą spotkać swoich ulubieńców. Bo ich muzyka może złamała kod nieśmiertelności, ale oni sami już niekoniecznie.

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego