indi
E-mail: indi@zwrot.cz
Tematem tegorocznej lipcowej inscenizacji historycznej na terenie fortyfikacji Wielki Szaniec w Mostach koło Jabłonkowa była wizyta polskiego Króla Jana Kazimierza w 1655 roku (pisaliśmy). Niebywale widowiskową atrakcją był udział w inscenizacji kawalerii. Z Maciejem Królem z grupy rekonstrukcji historycznej „Xiążęca Drużyna” i „II Pułk Ułanów Xięstwa Warszawskiego” rozmawialiśmy o konnej rekonstrukcji historycznej.

Do Mostów koło Jabłonkowa przyjechaliście z Polski, i to z daleka. Skąd dokładnie jesteście?
Konie przyjechały z Pruszkowa, właściwie spod Pruszkowa, z miejscowości Kanie. Tam znajduje się nasza główna stajnia, tam najwięcej trenujemy. Ale obecnie nasza ekipa to już ludzie z całej Polski. Kolega jest z Krakowa, mamy też ludzi ze Szczecina, Wrocławia… Naprawdę z różnych rejonów.
Rekonstrukcja konna to coś innego, niż rekonstrukcja innych formacji, bo dochodzi koń – żywe zwierze, które do udziału w wydarzeniach rekonstrukcyjnych też trzeba odpowiednio przygotować. I pod względem dopasowanego do odtwarzanej epoki sprzętu i wyszkolenia…
Faktycznie. To w zasadzie podwójna albo i potrójna rekonstrukcja, finansowo i organizacyjnie. Są to duże koszty, nie tylko z powodu sprzętu, który musimy mieć zarówno dla siebie, jak i dla konia, ale też kosztów treningów i kosztów transportu konia na imprezy. Kiedy wydarzenie oferuje dofinansowanie, wtedy jest łatwiej, bo nie musimy ponosić wszystkich kosztów z własnej kieszeni. Ale są też imprezy, gdzie musimy wszystko opłacić sami. I wychodzi na to, że płacimy kilkukrotnie więcej, niż rekonstruktor pieszy jadący na tę samą imprezę.
Ale przede wszystkim dla nas jest to podwójna, a może i potrójna frajda. I spośród tych, którzy raz spróbowali rekonstrukcji konnej, prawie nikt już nie zsiada z konia.
Naprawdę?
Tak. Zazwyczaj jak już raz spróbują rekonstrukcji konnej, to nie chcą już chodzić pieszo. Wyjątkiem może są czasem imprezy siedemnastowieczne, kiedy część z nas występuje jako pikinierzy czy muszkieterzy. Ale z reguły, jeśli tylko jest możliwość, to wolimy na koniach. To jest też takie wyjątkowe, bo rekonstruktorów pieszych jest zawsze więcej niż konnych.
Jesteście bardziej widowiskowi.
No tak. Bardzo często dziesięć koni potrafi zrobić większe wrażenie, niż pięćdziesięciu piechurów. Szczególnie podczas dużych bitew, bo daje większą dynamikę. Na przykład bitwy napoleońskie. Oddział piechoty się przemieszcza, przesuwa, zmienia szyki, robi formacje, od czasu do czasu wystrzeli, a u nas jest dynamika. To sprawia, że pole bitwy nie jest statyczne. Przemieszczamy się wielokrotnie bardzo szybko z prawego na lewe skrzydło, po całym polu bitwy. I to po prostu widowiskowo wygląda. A my sami mamy przy tym „banany na ustach”.
Sprawia wam to frajdę.
Oczywiście! Gdyby nam to nie sprawiało frajdy, to byśmy tego nie robili. Mimo że rekonstrukcja konna jest dużo trudniejsza, bardziej wymagająca pod każdym względem. Na przykład oprócz wspomnianych już wyższych kosztów i trudności związanych z transportem koni to piechota po bitwie może zejść z pola, odpocząć, napić się piwa. Zasadniczo ma już czas wolny.
A wy musicie zająć się końmi.
Właśnie. Na bitwę musimy wyjść dużo wcześniej, bo konie trzeba przygotować. Tak samo po bitwie. Konie trzeba oporządzić: nakarmić, napoić, wyczyścić. Więc kiedy inni się już tylko bawią w obozowisku, my wstajemy i idziemy zrobić co trzeba koło koni. Ale te wszystkie niedogodności i dodatkowe obowiązki wynagradza nam ta niesamowita frajda, jaką mamy, gdy już na tym koniu siedzimy.
Wróćmy do treningów. Koń to zwierzę uciekające, w jego naturze jest uciekanie od wszystkiego, co straszy. A na takiej bitwie straszy wszystko: począwszy od chorągwi, na wystrzałach kończąc… Jak trudno jest i jak długo to trwa, by przełamać końską naturę uciekania od tych wszystkich „strasznych” rzeczy, z jakimi musi zmierzyć się podczas rekonstrukcji bitwy?
Z koniem jak z człowiekiem – jednego łatwiej, drugiego trudniej nauczyć. Na pewno dla każdego jest to praca. I to regularna praca. Jednemu zarówno koniowi, jak i trenującemu go człowiekowi będzie szło to trochę lepiej, innemu trochę gorzej, wolniej. To kwestia regularnej pracy, techniki i… chemii między człowiekiem a zwierzęciem. To trochę tak, jakby pytać, czy trudno jest trenować psy. No zależy komu i które… Jest to o tyle trudne, że wymaga to regularnej pracy.
Trenować musicie regularnie, a jesteście, jak mówisz, z całej Polski. Jak więc logistycznie organizujecie treningi?
Wiadomo, że na takie cotygodniowe treningi jeżdżą ci, którzy są z okolicy. Natomiast pozostała część rekonstruktorów trenuje u siebie. Regularnie organizujemy zgrupowania weekendowe, na które mogą przyjechać ludzie z całej Polski i wtedy poćwiczyć te wszystkie rzeczy, których indywidualnie trenować się nie da. Przyzwyczajać konia do huku, sztandarów to każdy może sobie u siebie. Ale czego już sobie u siebie, indywidualnie nie zrobi, to przede wszystkim szyki. Szyków się nie da zrobić w dwóch… Do trenowania szyków musi być przynajmniej dziesięciu. Drugim takim treningiem, do którego też potrzeba więcej ludzi i obsługę, to są treningi kopijnicze. To są takie dwa kluczowe treningi, które staramy się robić w miarę regularnie i w weekendy, żeby ludzie mogli przyjechać i to wszystko poćwiczyć.
A konie są wasze?
Jeśli chodzi o Warszawę i okolice są to konie należące do stajni, w której trenujemy, współpracującej od początku, czyli od 2002 roku, z naszą grupą Xsiążęca Drużyna. Drugi nasz projekt to Pułk Xsięstwa Warszawskiego.
Tak więc odtwarzacie XVII i początek XIX wieku?
Nie tylko. W sumie pięć czy nawet sześć okresów.
To oznacza, że musicie mieć pięć czy sześć kompletów strojów historycznych i rzędu dla koni… To jest problem techniczno-finansowy…
Chyba nikt nie robi wszystkich tych okresów. Ja sam robię cztery. No i tak, to oznacza cztery komplety strojów. Co więcej, ja przykładowo robię koniec XIV i koniec XV wieku, co oznacza na przykład posiadanie dwóch kompletów zbroi. To średniowiecze i to średniowiecze, ale jednak…
A rząd – staramy się mieć dla każdej epoki osobny rząd, który będzie właściwy.
No to kolejny podwójny, czy potrójny problem… bo z jednej strony wizualnie pasujący do danej epoki, z drugiej pasujący na danego konia, a do tego mówiłeś, że spora część koni nie jest wasza…
No tak. Ponieważ często zmieniamy konie, rząd musi być na tyle uniwersalny, by pasował na różne konie. To kolejna trudność.
W ramach Pułku Xięstwa Warszawskiego mamy mundury z roku 1812, Takie, jak Pułk miał na kampanię moskiewską.
Jeśli chodzi o wojny napoleońskie, to jesteśmy chyba najliczniejszym pułkiem kawaleryjskim na świecie odtwarzającym wojny napoleońskie. W zeszłym roku na Austerlitz było nas ponad 20. W sumie jest nas więcej, ale mieliśmy możliwość wystawienia tylko tylu koni. Na Waterloo w dwusetną rocznicę mieliśmy 27 konnych. Wieźliśmy konie z Polski do Belgii.
Mówimy o samym udziale w rekonstrukcji historycznej i treningach koni do udziału w bitwach. A jeździcie też poza treningami, rekreacyjnie? W teren, po lesie?
Czasem tak. Choć na ogół przede wszystkim mamy treningi. Wiadomo, że czasem dla złapania oddechu, odpoczynku, pojedzie się poza treningami w jakiś teren. Ale przede wszystkim ćwiczymy to, co musimy umieć w epokach, które odtwarzamy. W przypadku rajtarii to jest kwestia ćwiczenia szyków, ostrzelania, czyli przyzwyczajanie koni do huku wystrzałów. W epoce napoleońskiej dochodzi praca lancą. A w średniowieczu dochodzą pojedynki na kopie. My musimy to ćwiczyć, żeby robić to dobrze, ale też musimy ćwiczyć w tym konie. Konie muszą się do tego przyzwyczaić, muszą się tego nauczyć. Co więcej to, że koń raz się nauczy, to nie znaczy, że pamięta. Regularnie trzeba je ćwiczyć. Koń się boi wszystkiego. Nie tylko huk wystrzałów, ale przykładowo sztandary to coś, na widok czego niewytrenowane do tego konie wpadają w panikę. Także naprawdę trzeba je bardzo dobrze przygotować i regularnie trenować. A i tak zdarzają się niespodzianki. Nie zawsze człowiek jest w stanie przewidzieć, co ten koń może wymyślić, czego się wystraszyć, co może go spłoszyć. Tak więc faktycznie głównie ćwiczymy.
Natomiast robimy sobie też czasem rajdy klimatyczne XVII-wieczne czy napoleońskie. I wtedy mamy trzy dni takiego terenu w lesie, ze spaniem pod chmurką. Mieliśmy też zimowe rajdy ze spaniem pod chmurką. To dla zuchwałych i wytrwałych bym powiedział, bo bywa ciężko.
A więc oprócz tego, co publiczność może zobaczyć na imprezach otwartych takich, jak ta, to wy sami, we własnym gronie też się tak bawicie. A wtedy, kiedy jedziecie sami na taki rajd, to też w historycznych ubraniach, obozowisko rozstawiacie historyczne?
Tak. Najczęściej na tych imprezach zamkniętych, takich tylko naszych jest więcej dbałości o szczegóły historyczne, niż na takich imprezach dla publiczności. Publiczność, z całym szacunkiem dla publiczności, sprawia, że wiadomo, że jesteśmy na pokazie. A na naszych imprezach zamkniętych po prostu przenosimy się w czasie. I dlatego bardziej dba się o to, by nie było nic niehistorycznego. Chyba jedynym wyjątkiem są sztuczne świeczki w namiotach, ale to kwestia bezpieczeństwa. W namiocie, zwłaszcza że niektórzy rekonstruktorzy jeżdżą z dziećmi, które chcą mieć światło, jak się obudzą, to lepiej mieć coś, co się nie zapali. A i tak staramy się, żeby taka świeczka wyglądała jak najbardziej historycznie. To kompromis między dbałością o detale a koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa.







































