indi
E-mail: indi@zwrot.cz
Choć pochodzi z innej części Karpat, to wyznaje te same wartości, co Górale Beskidu Śląskiego: przywiązanie do języka, muzyki i korzeni. Rusiński artysta Štefan Štec będzie gwiazdą sobotniego wieczoru Gorolskiego Święta, imprezy, która dla naszej społeczności jest manifestacją tożsamości.
Štefan Štec pielęgnuje język, muzykę i korzenie niosąc ze sobą przesłanie o sile tożsamości i znaczeniu duchowego zakorzenienia. Przed występem na Gorolskim Święcie rozmawiamy z nim o tożsamości, przetrwaniu i tym, co łączy Rusinów i Górali.
Urodził się Pan w Koszycach, ale silnie podkreśla swoje związki z rusińską wsią Habura, skąd pochodzi Pańska rodzina. Jak ważna jest ta „mała ojczyzna” w Pana życiu i twórczości?
Choć urodziłem się w Koszycach i tam się wychowałem, wieś Habura, gdzie spędzałem wakacje, była dla mnie jakimś magicznym miejscem, gdzie wszystko było inne. Dla nas, dzieci, było to bardzo inspirujące, ponieważ po rusińsku mówiliśmy w Koszycach tylko w domu albo w obrębie wspólnoty. W Haburze mówiliśmy tak wszędzie i nagle to nie był żaden sekret.
Do dziś to miejsce wciąż poznaję, odkrywam swoje pochodzenie, tożsamość. Dlaczego jestem taki, jaki jestem, jak tamten kraj kształtował nasze życie, nasze charaktery – nawet jeśli już tam nie mieszkamy. Znajomość własnego pochodzenia daje wolność, a zarazem mocny fundament i zakorzenienie w swojej tożsamości.
Wystąpi Pan w Jabłonkowie, na Zaolziu – regionie o równie silnej tożsamości lokalnej, gdzie pielęgnuje się gwarę, muzykę i przywiązanie do tradycji. Czy był już Pan wcześniej w naszym rejonie? Jeśli tak – jakie wrażenie zrobił na Panu tutejszy krajobraz i ludzie?
Tak, byłem. Razem z moją żoną na Balu Gorolskim – wtedy studiowała w Brnie i byliśmy po prostu dwojgiem zakochanych studentów zafascynowanych folklorem. To była naprawdę porządna zabawa i czułem się jak u siebie. Bo właśnie Górale są mi bardzo bliscy przez to swoje dążenie do wyrażania tożsamości w przestrzeni publicznej. Zależy im na języku, tradycji, stroju – i nie dlatego, że są jakoś ortodoksyjni czy zamknięci w sobie, ale dlatego, że to ich życie. To coś, co ich zakorzenia i pomaga im przetrwać.
Nie wiem, czy te sprawy może naprawdę zrozumieć ktoś, kto należy do większości. To coś jak codzienna praca, uczucie, myśl – po to, by przetrwać także w kolejnych pokoleniach. To wcale nie taka prosta sprawa.
Zarówno Rusini na Słowacji, jak i górale Beskidu Śląskiego mieszkający dziś po czeskiej stronie granicy, zachowali wiele ze swojej kultury, języka i zwyczajów. Czy miał Pan już okazję bliżej poznać nasz region i jego mieszkańców? A jeśli tak – czy dostrzegł Pan jakieś podobieństwa albo różnice między tymi dwiema społecznościami?
Znam raczej Górali z naszej strony, z Tatr. W zespole mamy też Górala z Lendaku. I muszę powiedzieć, że jest tu wiele cech wspólnych. Właściwie w poprzednim pytaniu częściowo już na to odpowiedziałem.
Mam jednak wrażenie, że Górale są jeszcze silniej zakorzenieni w konkretnym miejscu, regionie. Nasi Rusini przeszli przez wiele fal emigracji, które trwają do dziś. Z roku na rok nasze wsie stają się coraz bardziej puste. Natomiast w miastach – nie tylko na Słowacji, ale i za granicą – powstają nowe wspólnoty Rusinów.
Zrozumiałem, że jeśli nasza społeczność, nasza narodowość ma przetrwać, nie może wiązać swojej tożsamości wyłącznie z regionem. Jesteśmy trochę jak nomadzi, ponieważ mieszkamy na Słowacji, w Polsce, na Ukrainie, w Rumunii, USA i właściwie na całym świecie.
To, co nas na pewno łączy, to fakt, że jesteśmy życzliwi, ale jednocześnie trzymamy pewien dystans – i niełatwo się do nas zbliżyć.
W swojej muzyce łączy Pan dziedzictwo karpackie z nowoczesnymi brzmieniami. Czy to dla Pana sposób na pielęgnowanie tradycji, czy raczej forma osobistej wypowiedzi?
To coś, co się po prostu czuje. Jednocześnie mam świadomość, jak ważna jest znajomość tradycji i jej korzeni. Wiem jednak też, że jeśli chcę być autentyczny wobec samego siebie, czasem muszę opracować materiał w taki sposób, w jaki go czuję. Również w przeszłości na wsiach ludzie tworzyli. To byli konkretni ludzie, twarze, które wpływały na społeczność swoim talentem, artystycznym wyczuciem. Ludowych twórców bardzo cenię, staram się nimi inspirować, a zarazem zrozumieć ich przekaz – tak, by go nie zniekształcić, ale jednocześnie zostawić swój własny ślad, który może pomóc tradycji nie tylko przetrwać, ale pozostać żywą.
Czy mógłby Pan podzielić się jakimś zwyczajem, pieśnią lub rodzinną opowieścią, która szczególnie wpłynęła na Pana tożsamość rusińską?
Nie potrafię odpowiedzieć jednoznacznie, bo to zbiór różnych spraw. Pieśni, zwyczaje, tradycje – to cały kompleks spraw, które fascynowały mnie od dzieciństwa. To są naczynia połączone, w których znajduje się ta esencja, która jest dla mnie urzekająca. Mówię: dla mnie – bo wiem, że są ludzie, także z mojej społeczności, z mojej rodziny, którzy aż tak się w to nie zagłębili, raczej traktują to jako coś oczywistego. Ja zanurzyłem się w tym głębiej.
Co natomiast wiem na pewno, to że Rusini – szczególnie dawniej, ale i dziś to się utrzymuje – są przesądni, lubią łączyć stare zwyczaje i obrzędy z tymi chrześcijańskimi. To tworzy pewną wschodnią obrzędowość, która wzajemnie się szanuje i wyznacza rytm życia Rusinów. Często mnie to fascynuje, kiedy spojrzę na to z innej perspektywy. Pomaga mi w tym moja żona, która pochodzi ze środkowej Słowacji.
Jakie przesłanie chciałby Pan przekazać publiczności Gorolskigo Święta – ludziom z innego zakątka Karpat, ale z równie silnym poczuciem korzeni?
Ważne jest, by znać swoje korzenie, ale równocześnie umieć czasem spojrzeć z dystansu – z szerszej perspektywy – na ten skrawek ziemi i ludzi, skąd się pochodzi, by mieć ochotę znów wrócić do domu.
(indi)




