CIESZYN / Dziś – 14 grudnia setne urodziny obchodziłaby Janina Marcinkowa. W tym roku, na wniosek Burmistrz Cieszyna Gabrieli Staszkiewicz radni jednogłośnie podjęli decyzję o nadaniu Janinie Marcinkowej tytułu „Honorowego Obywatela Miasta Cieszyna”.

    My zaś o tym, jak wspominają mamę i babcię, rozmawiamy z jej córką Krystyną Sobczyńską i wnuczką Zofią Anną Sobczyńską.

    Janina Marcinkowa była osobą niezwykle zasłużoną i o jej działalności wiemy sporo. A jak mamę wspomina jej córka?

    Córka Janiny Marcinkowej Krystyna Sobczyńska: Takie pierwsze wspomnienie z wczesnego dzieciństwa w domu to nasza ulubiona zabawa w teatr i przebieranie się, jak mama dawała nam dostęp do swojej szafy.

    Cała czwórka rodzeństwa tak się bawiła? Również brat?

    K.S.: Głównie ja i młodsza ode mnie o trzy lata siostra, która teraz mieszka w Warszawie.

    Jak potoczyły się Wasze drogi życiowe? Czy zdeterminowało je w jakiś sposób dzieciństwo spędzone przy zespole?

    K.S.: Jak najbardziej. Zofia Marcinek, moja młodsza siostra została kawalerem Orderu Uśmiechu za swoją działalność. Ona najbardziej zawodowo związała się z tańcem jako choreograf i wykładowca. Brat Janusz był inżynierem z wykształcenia, ale tańczył w zespole, grał na perkusji w zespole muzycznym, więc też muzykę miał we krwi. No i Hania Marcinek-Kempa, najmłodsza z nas, jakiś czas nawet prowadziła zespół Ziemi Cieszyńskiej i była jego choreografem.

    Wnuczka Janiny Marcinkowej Zofia Sobczyńska (Z.A.S.): Ja kojarzę wiele pocztówek z ciocią.

    K.S.: tak, była swojego czasu najbardziej obfotografowywaną postacią w zespole.

    Czyli Wasze dzieciństwo nierozerwalnie związane było z zespołem i to zdeterminowało wasze późniejsze życiowe wybory?

    K.S.: Tak, wszystkie dzieci się, chcąc nie chcąc, w pewnym momencie o ten zespół otarły. Ja akurat najmniej. Choć oczywiście miałam epizod zespołowy; tańczyłam w zespole, jeździłam na występy. Jako dziecko występowałam w teatrzyku szkolnym. W jego pracę mama też zawsze była bardzo zaangażowana, pomagając w układach choreograficznych.

    Skąd u Pani mamy ta miłość do folkloru?

    K.S.: Folklor nie był mamy pierwszym wyborem. Marzyła o tańcu scenicznym. Ale nie wypadało w tradycyjnym domu ewangelickim się tym zajmować. Dom był bardzo tradycyjny i akurat taniec nie był na pierwszym miejscu. A pomysł na zespół, pracę z dziećmi, to było jej dążenie do tego, żeby dzieci były przy niej. To przykład pracującej matki, która starała się połączyć życie zawodowe z życiem rodzinnym.

    No tak. Nie chciała zostawiać dzieci pod czyjąś opieką, by pracować w zespole, więc połączyła jedno z drugim.

    K.S.: Jak najbardziej. Przy tym była bardzo opiekuńczą mamą. Wczesne dzieciństwo pamiętam jako wspaniały czas spędzany w ogrodzie przy domu na Błogockiej 12, gdzie bawiłyśmy się razem. Był to taki nasz ukochany „świat”. Potem był już zespół i duże wyjście na zewnątrz. Może nawet czasami nam brakowało takiej zwykłej mamy, bo była bardzo zaangażowana w pracę w zespole, który stał się dla niej kolejnym dzieckiem.

    Przyszedł taki moment, że jako dzieci zaczęliście się buntować, że już nie chcecie do zespołu chodzić?

    K.S.: Raczej nie. Nigdy nie byliśmy przymuszani. To wszystko było jednak na zasadzie dobrowolności. Nie było tak, że musisz. Dość długo lubiłam chodzić do zespołu. Oznaczało to też wyjazdy, w tym zagraniczne. Mój pierwszy wyjazd do NRD był właśnie dzięki zespołowi. Miałam wtedy chyba z szesnaście lat. A Hanka jeździła z mamą na wszystkie występy. Więc ten zespół był atrakcyjny. Nie tylko dla nas, ale dla wszystkich, którzy w nim tańczyli. Było to też takie życie w grupie.

    Kim była mama dla członków zespołu?

    K.S.: Była niezwykle popularna. Ludzie się do niej garnęli. I to właściwie od tego pierwszego zespołu. Ludzie z zespołu odwiedzali ją prywatnie, po prostu, żeby pogadać. Później zapraszali na śluby, przyprowadzali swoje dzieci. Zrobiła się z tego taka zespołowa rodzina. I teraz, jak spotykam kogoś z zespołu z tej najstarszej grupy, to właśnie oni to tak widzą. Takie bycie razem. Wielkie przyjaźnie, które przetrwały do dzisiaj. Ludzie wspominają te spotkania, imprezy w domu i w ogrodzie na Błogockiej. Więc nasze życie kręciło się zawsze koło zespołu.

    A poza zespołem?

    K.S.: Utkwiły mi na przykład w pamięci wyjazdy na badania etnograficzne na Spisz i na Kieleckie. Mama ten folklor zbierała, opracowywała. A wcześniej to i mojego młodszego małego braciszka brała w teren, w Beskidy. Jeździł z nią i pomagał nagrywać. W żartach mówię, że pomagał… Po prostu jeździł z mamą, miał wtedy kilka lat. No i ja też poszłam studiować etnografię.

    Etnografia wyssana z mlekiem matki…

    K.S.: Która chciała być tancerką klasyczną, a wyszło inaczej… Miłość do folkloru i Cieszyna była u niej szczera i została na zawsze.

    Z.A.S.: Podróżowała dużo, do różnych miejsc. Mówiła mi, że tyle miejsc zwiedziła, ale Cieszyn dla niej to najśliczniejsze miejsce na świecie.

    Jak babcię wspomina wnuczka?

    Z.S.: Dla mnie babcia jest ideałem nowoczesnej kobiety. Pamiętam ją jako niesamowicie pracowitą osobę. Albo stukającą w maszynę, albo z igłą i błyszczącą złotą nitką haftującą żywotki. Jak otwierała te swoje przyrządy do haftowania, to czułam się, jak bym zaglądała do skrzynki ze skarbami. Sama zostałam artystą plastykiem i myślę, że to dzięki babci.

    Z Twojej opowieści wyłania się przede wszystkim obraz kobiety pracy…

    Z.S.: A przy tym z tak otwartym, dobrym sercem. Muszę podkreślić, że była jedną z najbardziej tolerancyjnych osób, jakie znam. Otwarta na świat, otwarta na różne poglądy. Ale też nie sposób tu nie wspomnieć dziadka, który niesamowicie ją wspierał. Przecież to były czasy, kiedy mężczyzna mógł powiedzieć, że sobie nie życzy, żeby kobieta robiła karierę, podróżowała. Ale dziadek, wychowany przez Stefanię Michejdową, też mocną kobietę, naprawdę wspierał babcię w tym, co robiła. A babcia go kochała miłością wielką. Pamiętam taki wywiad z nią, w którym mówiła, że miała dwie wielkie miłości w swoim życiu: taniec i dziadka. I żadnej nie zdradziła.

    A dziadek też udzielał się jakoś w zespole?

    Z.S.: Nie. Wiem tylko, że chodził z nią na badania terenowe i nosił jej ciężki magnetofon, na który nagrywała. A potem zajmował się najmłodszą Hanką, jak trzeba było, czyli też był nowoczesnym mężczyzną (śmiech). Babcia dziadka po jego śmierci zawsze bardzo czule wspominała. Miałam szczęście spędzić z babcią dużo czasu podczas moich wizyt krótszych i dłuższych.

    Taki powrót do lat dziecinnych?

    Z.S.: To było niesamowite. Kiedy przez jakiś czas mieszkałam z babcią jako dwudziestoparolatka, nie czułam, że jest pomiędzy nami różnica wieku. To było jak czas z koleżanką. Rozmawiałyśmy wtedy o wszystkim, na wszystkie tematy, i te kontrowersyjne, poważne i głupie. Babcia bardzo lubiła chodzić do teatru, chodziłyśmy razem. A jedno z moich ulubionych wspomnień, to jak kiedyś wróciłyśmy z teatru i babcia wchodzi do pokoju i tak, jak dzieci rzucają się na łóżko, z impetem poleciała do tyłu. I wtedy sobie pomyślałam „jejku przecież to jest po prostu dziewczyna w ciele starszej osoby”.

    To faktycznie niesamowite, by przy różnicy dwóch pokoleń tak się rozumieć.

    Z.S.: Tak. Chyba tylko jedna rzecz była, w której się nie rozumiałyśmy. Wtedy była moda na podarte dżinsy. I to było jedyne, czego babcia nie mogła zrozumieć, że jestem w podartych dżinsach i zawsze chciała mi je zreperować. Nie rozumiała, że to tak ma być. Ale do teatru ubierałam się ładnie.

    Jaka była w domu, na co dzień?

    Z.S.: Ona cały czas pracowała. Albo pisała, wtedy leksykon tańców polskich, a w przerwach haftowała. Niesamowite było, że ona non stop pracowała. Przecież renesans stroju cieszyńskiego haftowanego złotą nitką to babci zasługa. Babcia nauczyła się dawnej techniki haftu, odtwarzając stare XIX wieczne hafty, a następnie zaczęła uczyć kolejne osoby w ten sposób. Jej żywotki zdobią stroje Cieszynianek, ale także stroje zespołów zagranicznych.

    Ciebie też nauczyła haftować? Haftujesz?

    Z.S.: Niestety nie. Nie mam tej cierpliwości…

    Byłam w Cieszynie, gdy Babcia umierała. Pracowała niemal do końca Pamiętam, że miała dyktafon i cały czas nagrywała jakieś informacje. Niesamowita osoba! Pracowita, a zarazem tak otwarta. Pamiętam, że ten nasz dom na Błogockiej był zawsze pełen życia. Przyjeżdżaliśmy tu głównie latem. Cały czas ktoś tu przychodził, odwiedzał babcie. Był salon, ale siedziało się jak nie w ogrodzie, to w kuchni. Pamiętam też różne imprezy z członkami zespołu w ogrodzie, kiedy tak pięknie śpiewali, że ludzie zatrzymywali się, stali przy płocie i słuchali. Ten dom, ten ogród, te nasze drzewa przepiękne to jest taki nasz magiczny świat i wspomnienie tej otwartej, rodzinnej atmosfery. Każdy tutaj dobrze się czuł. Z kim rozmawiam, kto pamięta babcię, ten mówi: człowiek – anioł. Miała jakąś taką niesamowitą charyzmę, przyciągała ludzi i przekazywała im swoją energię i entuzjazm.

    (indi)

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego