Sylwia Grudzień
E-mail: sylwia@zwrot.cz
CIESZYN / Od 7 maja do 18 czerwca w Oranżerii Zamku Cieszyn można oglądać „Anatomię wycinanki” – indywidualną wystawę prac Aleksandry Rózgi. Ekspozycja prezentuje piętnaście lat twórczości artystki i stanowi pierwszą odsłonę projektu badawczo-artystycznego zrealizowanego w ramach stypendium twórczego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. O wycinance jako języku, koziej źrenicy i nietrwałości papieru Aleksandra Rózga opowiada w rozmowie poniżej.
Obejrzałam wystawę i muszę powiedzieć, że bardzo mi się podobała. Sam pomysł jest niezwykle ciekawy. Powiedz mi, czy prezentowane prace to wyłącznie twoje wycinanki?
Tak, wszystkie prace na wystawie są mojego autorstwa. Natomiast część z nich powstała w dialogu z tradycją. Cześć z nich oparta jest na klasycznych motywach wycinankarskich: drzewie życia, postaci kobiety z kogutami, ptaku i kole. To są formy bardzo mocno zakorzenione w tradycji ludowej, ale zostały przeze mnie przetworzone i zinterpretowane na nowo. Natomiast motyw kozy jest mojego autorstwa.
Zainteresowało mnie też czarne koło wycięte z połyskliwego papieru.
To szczególna praca. Powstała z historycznego papieru, który otrzymałam od pani Czesławy Kaczyńskiej, wycinankarki z regionu Kurpi Zielonych. To papier sprowadzany z Holandii przez Cepelię w latach siedemdziesiątych. Jest barwiony w masie i glansowany, czyli błyszczący. Kiedy wycięłam w nim okrąg, długo zastanawiałam się, jaki wzór umieścić w środku. Ostatecznie uznałam, że sam materiał jest na tyle wyjątkowy, że nie potrzebuje dodatkowej ingerencji. Chciałam pokazać proces upraszczania formy i oddać szacunek historii zapisanej w tym papierze.
Skąd w ogóle wzięło się u ciebie zainteresowanie wycinanką? To przecież dość niszowa dziedzina.
I właśnie dlatego bardzo się cieszę, kiedy ktoś to zauważa. Dla mnie wycinanka jest już czymś naturalnym, bo żyję nią od wielu lat. Zainteresowałam się nią po ukończeniu Uniwersytetu Ludowego we Wzdowie. W szkole nie mieliśmy zajęć z wycinanki, ale szukałam wtedy formy, która nawiązywałaby do ginących zawodów, rzemiosła i tradycji.
Szukałam sposobu na połączenie tradycji ze współczesnością. W pewnym momencie pomyślałam o wycinance. Najpierw próbowałam ją malować, ale szybko zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie da się zastąpić. Wycinanka musi być wycięta.

No właśnie chciałabym zapytać o sam materiał. Papier jest bardzo nietrwały, tego rodzaju sztuka przypomina trochę usypywanie mandali z piasku.
Wiele osób ma takie spojrzenie. Na początku bardzo się tym martwiłam, że papier będzie blaknął z czasem, że będzie się kruszył. Aż któryś mój przyjaciel powiedział: „Słuchaj, po co się tym przejmujesz, przecież za pięćdziesiąt lat ten papier przeżyje ciebie i naprawdę mało kto o tym będzie myślał”. I pomyślałam sobie, że podobnie jest z tymi domami, które stawiamy z myślą, że mają być na dziesięciolecia. Ludzie budują domy dla dzieci, a dzieci wyjeżdżają i te wielkie budynki stoją puste.
Uświadomiłam sobie, że to jest jak w życiu – ważne jest teraz i dwa kroki naprzód. To jest też powód dlaczego wycinanek jest mało zachowanych w muzeach. One się pojawiły pod koniec XIX wieku, ale nie przetrwały wojen. Wycinanki płonęły razem z chałupami, były wymieniane wiosną po zimie. Jeżeli jakaś jeszcze się do czegoś nadawała, to wieszano ją w oborze. A w domu wieszano nowe.
A gdzie się tego nauczyłaś?
Sama. Po prostu zaczęłam wycinać. Kiedy zrobiłam pierwszą pracę, nie mogłam przestać. Wszędzie nosiłam ze sobą papier i nożyczki. Później zaczął pojawiać się rysunek, projektowanie form i coraz bardziej świadoma praca z linią.
Myślę też, że odziedziczyłam pewne zdolności po mojej mamie. Była krawcową i miała niesamowite wyczucie formy. Potrafiła spojrzeć na ubranie i od razu wiedziała, jak je wykroić, a potem uszyć. Ja podobnie czuję papier i linię cięcia.
Mówiłaś w jednym z wywiadów, że tradycyjne motywy wycinanek niosą ze sobą głębsze znaczenia. Choć badacze sztuki ludowej sprzed dekad pisali inaczej…
Tak. Drzewo życia, kobieta z kogutami czy koło nie są wyłącznie dekoracją. To symbole obecne w kulturze od bardzo dawna. Mam poczucie, że są zapisane gdzieś głęboko w naszej zbiorowej pamięci. Nawet jeśli nie zawsze umiemy je nazwać, intuicyjnie rozumiemy ich znaczenie.
A skąd wzięły się kozy i koziołki w twoich pracach?
To zabawna historia. Kiedyś rozmawiałam z przyjaciółką o geometrii w przyrodzie i o tym, że właściwie nie ma w niej kątów prostych. Tej samej nocy przyśniła mi się koza, która patrzyła mi prosto w oczy. Rano sprawdziłam, jak wygląda źrenica kozy – i okazało się, że rzeczywiście ma prostokątny kształt.
Od tego momentu koza zaczęła pojawiać się w moich pracach coraz częściej. Stała się dla mnie ważnym motywem i z czasem rozwinęła się w cały autorski język wizualny.

Czy od początku wiedziałaś, co zrobić z tymi wycinankami?
Nie. Przez długi czas po prostu wycinałam. Miałam nimi pokrytą całą podłogę i zastanawiałam się, czym właściwie są. Obrazem? Dekoracją? Przedmiotem użytkowym? Przełom nastąpił, kiedy zobaczył je zaprzyjaźniony grafik. Powiedział mi wtedy coś bardzo ważnego: że mam własny język wizualny, który można przenieść na dowolne medium. To dzięki tej rozmowie zaczęłam interesować się grafiką komputerową i myśleć o wycinance jako narzędziu projektowym.
Dużo uczysz i prowadzisz warsztaty. Co dziś jest ci bliższe – tworzenie czy edukacja?
Jedno i drugie. Uwielbiam opowiadać o wycinance i odkrywać ją przed ludźmi. Ale przez ostatnie lata bardziej zajmowałam się edukacją niż własną twórczością. Przełomem był projekt stypendialny, w ramach którego rozmawiałam z dwunastoma współczesnymi twórcami pracującymi z wycinanką. Te spotkania bardzo mnie zainspirowały. Dzięki nim wróciła potrzeba tworzenia nowych prac. Mam poczucie, że właśnie otwiera się przede mną nowy etap.
A dlaczego Cieszyn? Bo wycinanka nie jest znana na Śląsku Cieszyńskim.
Wycinanka znana jest na Mazowszu, Lubelszczyźnie. Ale cały ten projekt urodził się w Cieszynie, przy okazji Szkoły Rzemiosł. Cieszyn jest miastem rzemieślniczym, poza tym zawsze kojarzył mi się z projektowaniem. Bardzo cenię filię Uniwersytetu Śląskiego pod tym względem. Bardzo lubię śląską myśl projektową, taką pragmatyczno-estetyczną.
Dlaczego warto przyjść na tę wystawę?
No właśnie po to, żeby zobaczyć, że wycinanka to jest nie tylko dziecięca zabawa, że wycinanka to nie tylko serwetki, które dzieci robią w przedszkolach. Serdecznie zapraszam. Wystawa jest czynna w do 18 czerwca 2026 roku. Po tym czasie wystawa będzie dostępna do wypożyczenia przez inne instytucje, do czego także zapraszam. Wystarczy skontaktować się z ze mną – wszelkie informacje dostępne są na stronie www.ruuzga.pl












