ORŁOWA / W Domu Kultury w Orłowej prezentowana jest wystawa fotograficzna. Oglądać możemy zdjęcia Romana Dzika oraz Karla Návrata.

    Wernisaż odbył się 5 stycznia. Obaj autorzy mówili o swych pracach. Fotografie Romana Dzika to dwa cykle tematyczne: fotografia muzyczna oraz schody i klatki schodowe. Zdjęcia Karla Návrata zebrane w cykl pod nazwą „Planeta” ukazują krajobrazy, ptaki i zwierzęta. Organizatorem wystawy jest Fotoklub Orłowa. Oglądać ją można do 30 stycznia.


    Z Romanem Dzikiem rozmawialiśmy o jego pracach prezentowanych na tej wystawie.

    Twoja część wystawy dotyczy architektury i muzyki. Czy muzyka jest w twojej twórczości stałym elementem?

    Raczej okazyjnym. Bo to zależy od tego, jakie zespoły muzyczne występują. Łączę przyjemne z pożytecznym. Fotografuję jazz i blues, czyli te gatunki muzyki, których lubię słuchać.

    Kiedy jesteś na takim koncercie, to zarówno delektujesz się muzyką, jak i patrzysz na scenę przez obiektyw, dzięki czemu coś z tej atmosfery zostaje na później i dla innych. Mówiłeś w czasie wernisażu, że robisz takie ujęcia, które mają pokazać emocje, których nawet ludzie w pierwszym rzędzie nie widzą.

    Tak. Nawet siedząc w pierwszym rzędzie albo oglądając koncert na dużym ekranie, człowiek nie rejestruje detali: tego, jak artysta się zachowuje, jaki ma wyraz twarzy, jakie emocje wnosi do muzyki. Mnie chodzi o to, żeby te sekundowe emocje utrwalić i pokazać je na zdjęciach zarówno ludziom, którzy nie byli na koncercie, jak i tym, którzy tam byli. Kiedy widzą fotografie, przypominają sobie muzyków, piosenkarki, to, że tam byli. Emocji widocznych na twarzach artystów na ogół nie zauważa się tak dokładnie i nie da się do nich wrócić w pamięci. Dopiero fotografia daje możliwość ich zatrzymania.

    Twoje zdjęcia muzyczne to bardzo ciasno wykadrowane portrety. Czy wynika to właśnie z chęci bycia jak najbliżej emocji, czy może jest to też kwestia techniczna, czyli mikrofony, które są zmorą fotografów?

    Jedno i drugie. Mikrofony to naprawdę zmora. Czasem proszę piosenkarki albo piosenkarzy, żeby odsunęli mikrofon o jakieś piętnaście centymetrów, żeby można było zrobić dobre zdjęcie, bez „zjadania” mikrofonu. Niektórzy to akceptują i to widać na zdjęciach. Przykładem jest zespół z Polski – Muzyczne Pudełko. Po pierwszej części koncertu, bo tam piosenkarka ewidentnie wybijała się emocjami i śpiewem, poprosiłem ją, żeby trzymała mikrofon dalej od twarzy. Efekt jest taki, jaki widać na zdjęciach.

    Drugim powodem jest to, że emocji nie da się pokazać z większej odległości. Kumulują się w twarzy. Na zdjęciach widać wyrazistą mimikę i emocje, którymi artyści dzielą się z publicznością poprzez śpiew i muzykę.

    Jako ciekawostkę dodam, że na niektórych fotografiach muzycznych są autografy przedstawionych na nich artystów. Na przykład zdjęcie Sławka Wierzcholskiego zrobiłem w Dziupli. Po dziesięciu latach miał koncert z okazji jubileuszu „Zwrotu” w teatrze i wtedy podpisał mi to zdjęcie. Zauważył, że ma ten sam zegarek co dziesięć lat wcześniej, bo żona kupiła mu go na pięćdziesiątkę.

    Są tu też bardzo wczesne fotografie.

    Tak, pierwsze zdjęcia zrobiłem w wojsku, w 1970 roku i można zobaczyć je na tej wystawie. To był już okres normalizacji husakowskiej, kiedy wszystko niszczono. Wtedy był konkurs wojskowy. Te zdjęcia powstały w Teatrze Cieszyńskim, gdzie były początki jazzowych wydarzeń w Cieszynie, Jesieni Jazzowej.

    Ktoś powiedział mi wtedy: „Po co fotografujesz takich outsiderów?”. To byli zwykli chłopcy, a ja patrzyłem na to już wtedy jak fotograf: podobał mi się układ świateł i cała atmosfera. Ostatecznie zdjęcia, które wysłałem na konkurs do Pragi, wróciły po dłuższym czasie z Florencji, gdzie były wystawione. Dla mnie było niepojęte, że w czasach komunistycznej normalizacji husakowskiej wysłano zdjęcia „imperialistom”, żeby zobaczyli, jak wygląda fotografia w Czechosłowacji.

    Drugim tematem twoich zdjęć prezentowanych na tej wystawie jest architektura, a właściwie bardzo konkretny jej element: schody. Pomysł niezwykle oryginalny. Wielu fotografów oglądających wystawę mówi: „Na to bym nie wpadł”. Skąd więc pomysł?

    Pierwsze zdjęcia z tego cyklu są z 2011 roku. To są kręcone schody w Witkowicach. Żona była wtedy na konsultacjach w szpitalu w Ostrawie, a ja miałem czas. Zauważyłem tam metalowe, kręcone schody i od tego się zaczęło.

    Później pojawiły się kolejne schody, które żona projektowała, te na stadionie w Witkowicach. Projektowała schody kręcone prowadzące na trybunę. Później przez dziesięć lat zbierałem zdjęcia schodów i klatek schodowych. Kiedy nadarzała się okazja, fotografowałem je.

    I to w wielu miejscach, nie tylko w naszym regionie. Jest tu też np. zdjęcie z węgierskiego Segedu.

    Ta sesja jest wyjątkowa. Byliśmy z żoną na urlopie w Budapeszcie, gdzie najlepsi węgierscy fotografowie wystawiali swoje prace na zewnątrz, na ogrodzeniu. Jedna z fotografek miała zdjęcia secesji z Segedu. A ponieważ od piętnastu lat jeździliśmy do miejscowości Cserkeszőlő, a Segedyn jest tylko około stu kilometrów dalej na południe, pojechałem tam. I to jest efekt: te niesamowite schody i secesja.

    Przejechałeś sto kilometrów specjalnie po to zdjęcie?

    Tak. W tym budynku w zasadzie niczego innego ciekawego nie ma. Są sale wystawowe, ale całe cudo jest w schodach.

    A więc pierwsze zdjęcia były jakby przypadkiem, a później już świadomie wypatrywałeś kolejnych?

    Tak. Dowiadywałem się też, że w Cieszynie są ładne schody. Próbowałem podejść do tego racjonalnie. Pytałem listonosza na poczcie, żeby mi wskazał, gdzie w Cieszynie są ciekawe schody. Podsunął mi kilka tropów, ale później przeprowadził się do Katowic i kontakt się urwał. Później próbowałem sam, ale w końcu stwierdziłem, że mam już tych zdjęć wystarczająco. Zwykle wystawy mają trzydzieści do trzydziestu pięciu zdjęć. To, co mi zaproponował, w zasadzie wystarczyło. Choć wciąż mam w Cieszynie jeszcze miejsca warte sfotografowania.

    Jak dla mnie dużą wartością wystawionych twoich zdjęć jest to, że są podpisane, gdzie zostały wykonane. Zauważyłam też zdjęcia z teatru we Lwowie. Możesz opowiedzieć coś o nich?

    Chodzi o budynek, który był kiedyś domem towarowym, a po remoncie został przebudowany na „Teatr piwa PRAWDA”. Na 4 poziomach: od piwnic, w których jest browar i sklepiki z różnymi piwami i gadżetami, na 3 pietrach wokół otwartej przestrzeni są restauracje, a na dodatek w niektóre dni gra tam duża orkiestra. Jest to bardzo klimatyczne miejsce, które przyciąga turystów.

    Kilka zdjęć poświęciłem też „Kasynu Końskiemu”,  w którym arystokracja galicyjska grała w gry hazardowe, zbijała interesy i handlowała końmi. Dębowe boazerie i sale balowe są w takim stanie, jakby ostatni szlachcic przed chwilą opuścił to niesamowite miejsce i pojechał dorożką do swej posiadłości… Dorożki wjeżdżały z ulicy na teren kasyna przez tunel w budynku kasyna i wyjeżdżały przez drugi z powrotem na ulicę.

    (indi)

    Fotograf postanowił też podzielić się z Czytelnikami naszego portalu kilkoma fotografiami wykonanymi we Lwowie:

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      [embedyt]https://www.youtube.com/embed?listType=playlist&list=UU4ZpGtOu3BljB-JQzl5W_IQ&layout=gallery[/embedyt]
      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego