Oburzamy się, że do Białego Domu na spotkanie z Donaldem Trumpem udał się Wołodymyr Zełenski w towarzystwie kanclerza Niemiec, premiera Wielkiej Brytanii, prezydenta Francji, szefowej Komisji Europejskiej, a nawet prezydenta 4-milionowej Finlandii, a zabrakło tam prezydenta Polski. Mówimy o marginalizacji Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej. Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać: Polska jest krajem wybitnie uzależnionym od tego, co dzieje się w naszym bliższym czy dalszym sąsiedztwie. Tylko głosujemy na tych, którzy politykę zagraniczną traktują po macoszemu.

    Kandydat krajowy kontra międzynarodowy

    Ta polska nieobecność przy międzynarodowym stole nie wzięła się znikąd. To efekt odmiennego podejścia do polityki zagranicznej dwóch głównych polskich ugrupowań.

    Gdy popatrzy się na program wyborczy Karola Nawrockiego – ten sam, którego aktualność podkreślana była w przemówieniu po zaprzysiężeniu na urząd – zauważymy, że 17 z 21. punktów „Planu 21” mówi o polityce krajowej (z zastrzeżeniem, że nawet takie postulaty jak „Po pierwsze Polska!” czy „bezpieczne dzieciństwo bez ideologii” dotyczą takowej).

    Nie ma w tym nic dziwnego – urzędującego prezydenta popierało wprost Prawo i Sprawiedliwość, czyli partia, która od lat swoje poparcie budowała na polityce krajowej. Kreowała się na ugrupowanie „zwykłych Polaków” – tych z małych i średnich miast, wsi, a nie dużych metropolii. Stąd pomysł, by w 2020 roku organizować debatę przed wyborami prezydenckimi nie w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku, a w Końskich – 17-tysięcznej miejscowości w Świętokrzyskiem. Stąd szerokie programy socjalne, organizowanie spotkań wyborczych w mniejszych miastach, fundowanie wozów strażackich gminom z największą frekwencją czy częste fotografowanie się polityków PiS na tle traktorów, kombajnów i maszyn rolniczych.

    PiS narzucał też narrację, że Platforma Obywatelska jest partią „elit”. Gdy w 2014 roku Donald Tusk zostawał przewodniczącym Rady Europejskiej – najważniejszego organu UE – partia Jarosława Kaczyńskiego przekonywała, że szef ich politycznych rywali „ucieka” do Brukseli. Podobną argumentację słyszeliśmy, gdy Tusk wracał do polskiej polityki. Kreowany był na tego, co „zostawił kraj”, by „objąć ciepłą posadkę”. W szeregach PiS-u nigdy nie było polityków, którzy otrzymywaliby wysokie stanowiska europejskie. Przekaz był jasny: przede wszystkim Polska i wyborcy.

    Na drugim biegunie mamy Platformę Obywatelską, która w swojej polityce bardzo mocno stawiała na relacje międzynarodowe. Jednym z najważniejszych polityków ugrupowania jest Radosław Sikorski – szef polskiej dyplomacji zarówno obecnie, jak i w latach 2007-2014. Czas pierwszych rządów tej partii to okres mocnej integracji z UE i silnego sojuszu z Niemcami i Francją w ramach Trójkąta Weimarskiego. Europejskie najwyższe stanowiska piastowali nie tylko Tusk (w latach 2014-2019 szef Rady Europejskiej), ale także Jerzy Buzek – przewodniczący Parlamentu Europejskiego w latach 2009-2012.

    Wizerunek polityka „międzynarodowego” miał również kontrkandydat Karola Nawrockiego – Rafał Trzaskowski. Prezydent Warszawy, świetnie znający języki, ekspert w sprawach europejskich, stypendysta Oksfordu. Jego kampanijny „Plan na Polskę” nie był tak precyzyjny jak program wyborczy Karola Nawrockiego – opierał się na sześciu luźnych obszarach, takich jak „Pakt dla Bezpieczeństwa”, „Patriotyzm Gospodarczy”, „Zdrowy rozsądek w życiu społecznym”, „Prezydencki Fundusz Inwestycyjny”, „Deregulacja” i „Centralny Okręg Przemysłowy” – ale zawierał kilka postulatów o charakterze międzynarodowym. Obiecywał między innymi zwiększenie wydatków na obronność do 5% PKB, promocję polskich firm na rynkach zagranicznych czy umacnianie pozycji Polski w Europie przez inwestycje w innowacje i badania naukowe.

    Wybraliśmy „swojego”

    W tym starciu dwóch wizji Polacy wskazali tę pierwszą.

    W drugiej turze wyborów ponad 10,5 miliona Polaków wybrało Karola Nawrockiego. Nie będę w tym miejscu – żeby było jasne – podważał tego rozstrzygnięcia. Wygrał kandydat, który kreował się w trakcie kampanii na „swojego”, tego, który rozumie problemy zwykłych ludzi, lubi sport, dba o siebie (więc zapewne będzie też dbał o Polskę?). Większość wyborców nie chciała przedstawiciela metropolii, „światowca” brylującego w zagranicznych mediach. Polskość wygrała z europejskością. Końskie z Brukselą.

    Wynik wyborów wziął się nie tylko z narracji politycznej zwycięzcy. To także pochodna miałkiej kampanii przegranego, który nie zwracał wystarczająco dobrze uwagi na fakt, że żyjemy w czasie globalnego niepokoju. Momentu, w którym postulaty dotyczące bezpieczeństwa krajowego mają wydźwięk międzynarodowy, a polityka zagraniczna dotyczy bezpieczeństwa wewnątrz granic. Nie podkreślano, że wojna w Ukrainie to wciąż nasza wojna. Bezbarwny obraz kampanii Rafała Trzaskowskiego rozmywał jego polityczne atuty. Trudno się więc dziwić, że Polacy wybrali prezydenta „jakiegoś”, a nie „nijakiego”.

    Polityk też człowiek

    Na polityków najczęściej patrzymy przez pryzmat ugrupowań, z których się wywodzą. Nie ma w tym nic dziwnego – wszak do zapisania się do partii nikt nikogo nie zmusza, każdy to robi świadomie i musi liczyć się z tym, że naszywa sobie łatkę, której nigdy nie będzie się dało odszyć, ale na moment spójrzmy na polityków przez pryzmat czysto ludzki.

    Trump, Macron, Von Der Layen, Starmer – to światowi i europejscy liderzy. W Polsce odbierani jako politycy przez duże „P”, jako ci, którzy zjedli zęby na działalności politycznej. Karol Nawrocki z kolei to świeżo wybrany prezydent RP. Od jego zaprzysiężenia nie minęły nawet dwa tygodnie, więc nie sposób jakkolwiek go oceniać. Faktem jednak jest, że jego poprzednim stanowiskiem politycznym była funkcja przewodniczącego Rady Dzielnicy Siedlce w Gdańsku. Piastował je przez sześć lat, a potem został dyrektorem Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i prezesem IPN. Nawet szefując Instytutowi, delegował obowiązki współpracy zagranicznej swojej pracownicy – Agnieszce Jędrzak, która teraz będzie odpowiedzialna w Kancelarii Prezydenta za kontakty z Polonią i Polakami za granicą (pisaliśmy o tym tutaj).

    Być może Karol Nawrocki jest prezydentem „zwykłych Polaków” i będzie zapamiętany jako ten, który mocno angażował się w politykę krajową i proponował dobre rozwiązania dla społeczeństwa. Sądząc po wynikach wyborów, takie nadzieje ma też większość wyborców. Nawrocki musi się jednak uczyć od zera polityki, także tej międzynarodowej. Nawet Andrzej Duda – przed wyborem na urząd polityk szerzej nieznany – miał większe doświadczenie na ten temat. Był europosłem, posłem na Sejm, a także podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości czy Kancelarii Prezydenta.

    Dlatego trudno spodziewać się, by właśnie ci europejscy i światowi liderzy patrzyli na polską głowę państwa przychylnie. W ich oczach uznanie znalazłby raczej poliglota i ekspert międzynarodowy, z którym nie trzeba rozmawiać w towarzystwie tłumacza. Nie oznacza to bynajmniej, że Trzaskowski byłby lepszym prezydentem – od takich sądów jestem daleki. Porównuję li tylko kompetencje obu tych polityków pod kątem dialogu międzypaństwowego. Widać wyraźnie, że dużo większe doświadczenie w tej materii ma jednak obecny prezydent Warszawy.

    Globalna wioska

    Termin ten wprowadził na początku lat 60. kanadyjski badacz komunikacji Herbert Marshall McLuhan, mając na myśli trend rozwoju masmediów. Dziś jednak znajduje zastosowanie także w polityce międzynarodowej.

    W Polsce mówimy dziś o rozmowach Trumpa z Putinem na Alasce – przecież dotyczą one wojny, która toczy się tuż obok nas. Także naszej wojny – choćby w lipcu portal CyberDefence24.pl informował o rosyjskich cyberatakach na elektrownię wodną pod Gdańskiem. Głośno było też o kilku podpaleniach dużych zakładów czy centrów handlowych przez rosyjskich prowokatorów.

    Także rozmowy ukraińskiego prezydenta z amerykańskim, w towarzystwie europejskich przywódców w Białym Domu, mają bezpośredni wpływ na nasz kraj. To od tych rozmów będzie zależeć, czy Ukraina zmniejszy się terytorialnie, a Rosja przybliży do naszych granic. To od tych rozmów zależy, czy do NATO – największego na świecie sojuszu militarnego, jednego z naszych gwarantów bezpieczeństwa – wejdzie nasz sąsiad doświadczający od ponad trzech i pół roku tragedii wojny. To w końcu od tych rozmów zależy także, czy u naszych wschodnich sąsiadów stacjonować będą wojska zachodnich państw. Przecież jeśli tak się stanie, będą musiały przejechać przez nasz kraj, by dostać się do Kijowa.

    Przy stole dyskutuje się o nas, ale bez nas. Tylko by do niego przysiąść, potrzeba czegoś więcej niż wspólnej fotki z Trumpem i czerwonej czapeczki z daszkiem.

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego