Marcin Kusek, stroiciel fortepianów marki Steinway, przez tygodnie pracował za kulisami Konkursu Chopinowskiego, czuwając nad instrumentami, które towarzyszyły uczestnikom w najważniejszych momentach.

    Dziś publikujemy trzecią rozmowę z nim. Pierwszą „Dziecko i pianino” znajdziesz tutaj. Drugą „Zawód stroiciel” znajdziesz tutaj. Zapraszamy do lektury trzeciej części cyklu.

    Jak pan się znalazł przy Konkursie Chopinowskim?
    Szczerze mówiąc – przez przypadek. Nigdy nie marzyłem, że tam trafię, bo to przecież absolutny top, najważniejsze wydarzenie pianistyczne na świecie. A ja znalazłem się w samym środku – na scenie, wśród najlepszych pianistów i fortepianów. To było coś większego niż spełnienie marzeń, bo nawet nie śmiałem ich mieć.

    Jak wygląda praca stroiciela w takim konkursie?
    Ciężko (śmiech). Stroiciel pracuje wtedy, kiedy inni śpią. W dzień są przesłuchania, więc przy fortepianie nie wolno nic robić. My wchodzimy w nocy. Przez miesiąc praktycznie nie ma snu. Człowiek chodzi półprzytomny, fizycznie wykończony, ale adrenalina i atmosfera trzymają przy życiu.

    Praca stroiciela w konkursie to duża odpowiedzialność. Jak pan to odbierał?
    To była dla mnie weryfikacja. Nasza praca nie jest wymierna. Nie da się jej zmierzyć suwmiarką. Jeden artysta powie, że fortepian jest świetny, a drugi – że coś mu nie leży. I obaj mają rację. Stroiciel musi być wrażliwy, trochę jak muzyk, tylko że w cieniu.

    Co najbardziej fascynuje w atmosferze Konkursu Chopinowskiego?
    To, że nagle Warszawa staje się centrum świata. Na sali słychać angielski, japoński, francuski, wszędzie kręcą się ludzie z największych fabryk fortepianów. Można spotkać gwiazdy pianistyki i tych „guru” od strojenia, którzy normalnie są anonimowi. A tu wszyscy przyjeżdżają, słuchają, rozmawiają. Człowiek czuje, że bierze udział w czymś absolutnie światowym.

    A patriotyzm? Czuje pan, że to polski konkurs, że Chopin to nasz skarb?
    Szczerze? Nigdy tak o tym nie myślałem. Dla mnie muzyka Chopina mówi sama za siebie. Ona oczywiście ma w sobie tę tęsknotę za Polską, elementy folkloru – ale to wiemy tylko my, Polacy. A Chopin porusza każdego: Japończyka, Chińczyka, Amerykanina – wszyscy to czują, nawet jeśli nie wiedzą, że w danym utworze jest wpleciona polska kolęda czy mazurek. Chopin trafia „między nutami”, prosto do serca.

    Pamięta pan jakieś szczególne wykonanie Chopina?
    O tak. Pamiętam finały, kiedy grał Rafał Blechacz. Dwóch Koreańczyków zagrało koncert Chopina – świetnie, na bardzo wysokim poziomie. Ale potem wyszedł Blechacz. I to była przepaść. Publiczność oniemiała. Nawet ja, który na co dzień bardziej słucham jazzu, od razu usłyszałem różnicę. To było oczywiste, że to jest „ten ktoś”.

    Woli pan jazz od Chopina?
    Od dziecka słucham jazzu, głównie pianistycznego. Ale tak naprawdę każdy gatunek, jeśli jest dobrze zagrany. Nawet thrash metal potrafi mnie wciągnąć, byle był na poziomie. Dlatego Konkurs Chopinowski był dla mnie takim zaskoczeniem – że klasyka potrafi porwać tak samo jak jazz.

    W tym roku znów pracował pan przy Konkursie Chopinowskim. Jak wyglądała pana rola tym razem?
    W tym roku pracowałem dla firmy Steinway & Sons. Przypomnę, że cztery lata temu byłem w zespole Fazioli. Wtedy byłem zarówno na scenie – jako osoba wspomagająca technika fabrycznego z Sacile, czyli z siedziby fabryki Fazioli – jak i w sali ćwiczeń dla artystów, którzy wybrali ten fortepian jako instrument konkursowy. W tym roku zajmowałem się tylko częścią instrumentów do ćwiczeń, przeznaczonych dla pianistów, którzy wybrali Steinwaya. Skala była nieporównywalna. W 2021 roku Fazioli wybrało ośmiu uczestników, natomiast w tym roku Steinwaya – aż czterdziestu dwóch. Wtedy mieliśmy cztery fortepiany do ćwiczenia, teraz – szesnaście. Ilość pracy i sal ćwiczeniowych była więc ogromna. Trzeba było dobrze rozplanować ludzi i siły na cały czas trwania konkursu.

    Wspomniał pan, że równolegle z Konkursem Chopinowskim rozgrywa się inny konkurs – producentów fortepianów. Na czym on polega?
    To taka nasza „wewnętrzna” rywalizacja. Dla techników i przedstawicieli firm produkujących instrumenty dopuszczone do udziału, najważniejsze są trzy dni przed rozpoczęciem przesłuchań. Wtedy każdy z uczestników Konkursu Chopinowskiego wchodzi na scenę i ma okazję zagrać na pięciu fortepianach różnych marek. W ciągu kilkunastu minut musi zdecydować, z którym instrumentem zwiąże się na cały konkurs – od pierwszego etapu aż po finał. To moment pełen napięcia, bo choć oczywiście ważne jest, jaki fortepian zabrzmi w finale, największy prestiż ma liczba uczestników, którzy wybiorą daną markę.

    Jakie marki fortepianów stanęły w tym roku na scenie Filharmonii Narodowej?
    W konkursie wzięły udział: C. Bechstein, Fazioli, Kawai, Steinway & Sons oraz Yamaha. Wybory uczestników wyglądały tak: C. Bechstein – 2 uczestników, Fazioli – 10, K. Kawai – 21, Steinway & Sons – 42, Yamaha – 8. To było zdecydowane zwycięstwo Steinwaya, ale również duży sukces Kawai, który po raz pierwszy w historii Konkursu Chopinowskiego wyprzedził Yamahę.

    Marcin Kusek z Mateuszem Krzyżowskim – półfinalistą XVIII Konkursu Chopinowskiego w roku 2021

    A jak to wyglądało w kolejnych etapach konkursu?
    Do drugiego etapu nie wszedł Bechstein, przed trzecim „odpadła” Yamaha. W trzecim i czwartym etapie zostały Fazioli, Kawai i Steinway. W finale na scenie stanęły: dwa Fazioli, cztery Kawai i sześć Steinwayów. Ostatecznie zwyciężył Fazioli, ale to Steinway przyciągnął największą liczbę uczestników i w każdym etapie miał największy udział – od 50 do ponad 60 procent.

    Pan jednak pracował głównie „na zapleczu” – w salach ćwiczeniowych. Jak wygląda taka praca?
    To zupełnie inny rodzaj wyzwania niż praca na scenie. Technik sceniczny odpowiada za jeden fortepian – ma największą odpowiedzialność i stres, ale paradoksalnie pracuje najmniej. W dzień praktycznie w ogóle, bo trwają przesłuchania, a nocą ma kilka godzin pracy. W salach ćwiczeń jest inaczej. Fortepiany grają tam od szóstej rano do jedenastej w nocy, praktycznie bez przerwy. Każdy uczestnik ma około trzech godzin dziennie, by przećwiczyć repertuar na instrumencie tej samej marki, co na scenie – często na identycznym modelu. Fortepian musi więc wytrzymać kilkanaście godzin intensywnej eksploatacji i wieczorem nadal być nastrojony. Tu nie chodzi tylko o idealne brzmienie, ale o stabilność instrumentu. Stroiciel musi wytężyć zmysły i skupić się na innych aspektach niż na scenie. To praca mniej odpowiedzialna, ale równie trudna – no i, jak to w naszym zawodzie, wykonywana zawsze trochę w cieniu.

    Ma pan jednak bezpośredni kontakt z uczestnikami. To chyba daje ciekawe obserwacje?
    Zdecydowanie. Dzięki temu możemy zobaczyć z bliska emocje pianistów, ich rytuały, sposoby radzenia sobie ze stresem. Czasem wychodzą z tego naprawdę barwne historie. Na przykład jeden z finalistów był tak zaskoczony swoim awansem, że poprosił o wydrukowanie nut koncertu Chopina, którego wcześniej nie dopracował – bo nie przewidywał, że zajdzie tak daleko. Jego mama i on mieli już wykupione bilety powrotne do Chin – mama więc wróciła do domu zgodnie z planem, a on przebukował bilet, co było kosztowne.

    A jakieś wyjątkowe miejsca pracy w czasie konkursu?
    Zdarzyło mi się stroić fortepian Steinwaya w Ambasadzie Chińskiej w Warszawie. To miejsce, które naprawdę przypomina twierdzę w środku miasta – ogromne zabezpieczenia, ścisła kontrola wejść. Udało mi się tam wejść tylko raz, ale to właśnie tam ćwiczyła większość z 29 chińskich uczestników. Fortepian przygotowałem wtedy jeden raz – i przez cały konkurs już nikt go nie stroił. Nie mam pojęcia, jak sobie z nim poradzili.

    Były też nietrafione miejsca ćwiczeń np. restauracje. Restauratorzy zachęceni wizją muzyki Chopina na żywo w ich restauracji, zapraszali firmy do ustawienia fortepianu do ćwiczeń w ich lokalach. Niestety odwróciło się to przeciwko nim. Muzycy nie grali cichych, krótkich recitali, a ćwiczyli uporczywie fragmenty utworów, w których czuli się najmniej pewnie. Było to bardzo monotonne i uporczywe granie w miejscu, w którym warszawiacy chcieli zjeść w spokoju obiad i chwilę odpocząć. Ponadto Ci, którzy rozpoznali uczestników konkursu, prosili o zdjęcia i rozpraszali ćwiczących. Dla nas też było to niekomfortowe, wchodzić do restauracji po godzinach jej otwarcia i stroić w godzinach, w których obsługa chciała iść do domu.

    Były też jakieś zabawne momenty?
    Tak, chociaż czasem wynikające z nieporozumień językowych. Raz poprosiliśmy jednego z chińskich uczestników (po angielsku), żeby przekazał mamie (po chińsku), że nie będzie nas 10 minut w salonie firmowym Steinwaya, i żeby zamknęła za nami drzwi, po to, żeby nikt nie wchodził w czasie naszej nieobecności. Nie wiem, co przekazał uczestnik swojej mamie, ale drzwi były zamknięte przez 6 godzin, aż do momentu, w którym uczestnik zakończył ćwiczenie. Największy salon firmowy w tej części Europy pozostawał zamknięty dla wszystkich przez sześć godzin.

    Jak pan ocenia ten konkurs z perspektywy stroiciela Steinwaya?
    W tym roku przy XIX Konkursie Chopinowskim dla firmy Steinway & Sons pracowało czterech Polaków: Marcin Kusek, Marcin Kusek junior, Adam Zdrojewski i Jarosław Bednarski, który był technikiem scenicznym. Jarek jest nie tylko technikiem koncertowym Steinwaya, ale też etatowym pracownikiem Filharmonii Narodowej, która gości Konkurs. To była jedyna całkowicie polska ekipa, nie wspomagana ani kierowana przez fabrycznych stroicieli z krajów pochodzenia marki. Dla nas to był dobry konkurs. Najwięcej uczestników wybrało Steinwaya, najwięcej grało na nim w finale, i najwięcej nagród zdobyto właśnie na tych fortepianach. Nie udało się tylko osiągnąć tej przysłowiowej wisienki na torcie – zwycięzcy grającego na Steinwayu. Ale to motywacja, żeby za pięć lat wrócić jeszcze silniejszym.

    Miał Pan czas, żeby posłuchać występów? Miał Pan swojego faworyta?

    Miałem bardzo mało okazji, żeby posłuchać uczestników w filharmonii. W tym roku zmieniono zasady wejścia do filharmonii dla osób pracujących przy konkursie. Mogliśmy wejść praktycznie wszędzie — na zaplecze, za scenę, gdzie tylko chcieliśmy — ale nie na widownię. Ten przywilej został nam zabrany albo bardzo ograniczony. Można było ubiegać się o jednorazową wejściówkę, ale nikt nie miał na to czasu. Poza tym nigdy nie wchodziliśmy na całe przesłuchania, tylko na występy wybranych przez nas pianistów. Po prostu nie było możliwości, żeby siedzieć 4–5 godzin na widowni.

    Czy miałem faworytów? Tak, w pierwszym etapie byli to głównie Polacy. Niestety większość z nich odpadła. Bardzo zainteresowała mnie gra Piotra Pawlaka — był moim faworytem aż do trzeciego etapu. Kibicowałem też braciom Lee z Korei, bo ich znam. W finale największe wrażenie zrobiła na mnie Shiori Kuwahara z Japonii. Dużo też rozmawiałem poza konkursem z Gruzinem Davidem Krhikuli, więc może dlatego moja sympatia kierowała się również w jego stronę.

    Jeśli miałby pan podsumować jednym zdaniem – co daje praca stroiciela na Konkursie Chopinowskim?
    To poczucie, że jesteś częścią czegoś wielkiego. Nie grasz na scenie, nikt cię nie oklaskuje, ale wiesz, że bez ciebie ta muzyka by nie zabrzmiała tak, jak powinna. I to jest największa satysfakcja.

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      [embedyt]https://www.youtube.com/embed?listType=playlist&list=UU4ZpGtOu3BljB-JQzl5W_IQ&layout=gallery[/embedyt]
      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego