BOGUMIN-SKRZECZOŃ / I to się działo naprawdę. Czas, udający niepokorne perpetuum mobile człowieczego losu, właśnie przewrócił dwudziestą piątą kartkę w kalendarzu od niedawna goszczącego u nas miesiąca stycznia. I co? Dzień taki, jakich wiele ostatnimi czasy. Szary, bury, nieciekawy i do tego jeszcze skrywający rzeczywistość w pałętającej się po okolicy gęstej mgle. Myślał pewnie, głupi, że nas odstraszy i do Skrzeczonia się nie wybierzemy.

    Ale gdzieżby tam! Zapachniało nam „wilkami morskimi”, obudził się morza zew i żadna burza, żadna siła, nie zatrzymałaby nas w domach. Więc wsiedliśmy w nasze szalupy (w domyśle samochody – bo od czego bujna wyobraźnia) i hajda po piracką przygodę. Dwie godziny rejsowania po A4 i A1 i byliśmy na miejscu.

    A tam jak zwykle. Powitaniom i radościom witających i witanych nie było końca. Nasze z sobą przebywania to nie tylko sporadyczne wizytowanie. Łączy nas, członków Towarzystwa Miłośników Ziemi Grodkowskiej, z przyjaciółmi z Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w Republice Czeskiej wiele wspólnych przedsięwzięć.

    Brać piracka baluje, a naczelny korsarz Chester dogląda.

    Wszystko zaczęło się w marcu 1973 roku. Wtedy obie strony porozumiały się ze sobą i nakreśliły ramowe plany i płaszczyzny współdziałania. Jedną z najważniejszych form aktywności obu organizacji stała się wymiana doświadczeń na polu szeroko pojętej kultury. Nasi Zaolziacy, mający genetycznie w sobie ducha Polskości powiadają o sobie: „myśmy nigdy z Polski nie emigrowali, to ona nas ominęła”.

    I nie ma w tym cienia przesady. Za dowód niechaj służą fakty, z jak ogromnym pietyzmem pielęgnują polską tradycję, zwyczaje, język polski i śląski oraz kulturę swoich dziadów i ojców. A najcenniejsze to to, iż w dzieło kultywowania ducha polskości i patriotyzmu dzielnie włącza się pokolenie najmłodsze.

    Najdobitniej wyraża się to poprzez uczestniczenie we wszystkich możliwych formach aktywności artystycznej. Dlatego przez te lata odbyło się mnóstwo imprez, upamiętniających różne ważne wydarzenia. Nawzajem uczestniczyliśmy w jubileuszach i rocznicach działalności naszych chórów, ich Hasła i naszego Grodkovia.

    Goździki rozchodziły się jak cieple bułeczki.

    Goście z RC są stałymi uczestnikami Dni Elsnerowskich i dni muzyki Wiessa. Zaś nasi artyści uświetniają uroczystości w Czechach poprzez występy zespołów młodzieżowych, chóru i kabaretu „Nie do zdarcia”. Stałą formą kontaktów jest uczestnictwo w wystawach, np. „Od lat razem” czy też „Historia Bogumina i gminy Grodków na fotografiach”.

    Nam zaś zostały niezatarte wspomnienia po wizycie w Jiżikowie na wystawie pod gołym niebem prac J. Halouzka, związanych z legendą Pradziada. Wielką popularnością cieszą się wspólne wycieczki, które wspaniale służą integracji. Wspomnieć tu należy choćby niektóre wyjazdy: Ostrawa, Mikulov, Gorolski Święto w Jabłonkowie czy elektrownia szczytowo-pompowa w Dlouhe Stranie.

    Ich zaś zaprosiliśmy między innymi do Złotego Stoku, Paczkowa, Otmuchowa, Moszny, Góry św. Anny, Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach, Muzeum Piosenki Polskiej w Opolu czy też do Kopic i Sulisławia. Uzupełnieniem naszej współpracy są rozliczne imprezy sportowe, choćby wspomnieć kolarskie wycieczki rowerowe i turnieje piłki nożnej i piłki ręcznej.

    Oczywiście znawcy przedmiotu zdają sobie sprawę, że moja powyższa „wymienianka” jest mocno niekompletna i wyrywkowa i nie daje rzeczywistego obrazu ponad 45-letnich dokonań, ale nie jest to w tej chwili dla mnie najważniejsze i nie to jest dzisiejszym moim zadaniem – bowiem pośród zadań poważnych i użytecznych i uzasadnionych społecznie zawsze znajdujemy czas na rozrywkę i potrafimy doskonale bawić się ze sobą.

    Tańczy ZPiT Suszanie.

    Do wieloletniej już tradycji należy Bal Noworoczny w Skrzeczoniu. Każdy z nich ma swoje indywidualne hasło. Tym razem przenieśliśmy się za sprawą scenografii, dekoracji i pomysłowości w rejony Karaibów do krainy, w której prym wodzą krwawi piraci.

    Na scenie stała kopia najprawdziwszej pinasy, z armatami u boku burty, z odkrytą i nęcącą gawiedź skrzynią pełną precjozów i klejnotów. Na środku groźnie sterczał maszt, którego zwieńczenie stanowił Jolly Roger (przewrotnie: „Wesoły Roger”), czyli autentyczna czarna flaga piracka z białą, budząca grozę trupią czaszką częściowo na bakier okrytą krwawą chustą piracką i pod nią skrzyżowanymi białymi piszczelami.

    Już widzę, jak na moich P.T. czytelników pada blady strach. Powiało grozą, co??? Ale my nie z tych, co to podszyci strachem, stulają uszy po sobie. No! Może wyjawię rąbka tajemnicy. Sam Herszt, naczelny pirat Czesław, ksywa piracka Chester, był nam powolnym, gdyż udobruchaliśmy go kuflem …kofoli! I gdyby nie to, przed szefem skrzeczońskich piratów pewnie i nam portki by się zatrzęsły, bo choć to nie wielkolud, ale umięśniony niczym Pudzianowski, jak na pirata przystało z zakrytym lewym okiem – odrażający typ.

    Jak głosi legenda, piraci niekoniecznie byli bez oka. Przechodząc z jasnego do ciemnego pomieszczenia, potrzebujemy kilkunastu sekund, żeby przyzwyczaić się do ciemności. Dla pirata te kilkanaście sekund mogło wystarczyć, by stracić życie. Dlatego jedno zakrywali opaską, by w razie potrzeby, przyspieszając czas akomodacji, wyprzedzić przeciwnika i, wchodząc pod mroczny pokład, móc zerwać opaskę, by oko dotąd odkryte bez zbędnej akomodacji dostrzegło natychmiast w mroku ewentualnego przeciwnika.

    Żeby kompletnie opisem „ubrać” naszego super korsarza, dodam: na głowie miał czapę zbójecką oczywiście z czaszką i piszczelami, a na jego prawym ramieniu siedziała milcząca jak w zaklęciu, kolorowa papuga. Stanął na środku parkietu w rozkroku i tubalnym głosem zakrzyknął: Poloneza czas zacząć! Z głośników popłynęły dźwięki muzyki, a on, ująwszy rękę swego wice pirata Beaty (nota bene bukaniera w cywilu), ruszył posuwistym krokiem.

    Najprzedniejszy kolekcjoner kotylionów.

    I tak to się zaczęło. Pałeczkę następnie pochwyciła młodzież, która, niejako potwierdzając moje konstatacje o sztafecie pokoleniowej, zatańczyła dwie krótkie suity: na czasie i poprawną, piękną wiązankę tańców żydowskich i żywiołową wiązankę tańców z rytmami Ameryki łacińskiej. Podkreślenia godny kunszt, zaangażowanie i profesjonalizm młodzieży.

    A potem! Potem parkiet był już tylko do naszej dyspozycji. Każdy mógł się wytańczyć i wyhasać do woli. A komu było mało hulanek i wygibasów, w sukurs przyszła piracka załoga, organizując wymyślne konkursy i dodatkowe atrakcje.

    W pewnym momencie pojawiły się dziwne kolejki panów. – Za czym tak stoją i czego im brak? – zakołatało mi w głowie pytanie! To już kiedyś przerabialiśmy, czyżby powrót??? Nic z tych rzeczy, to dżentelmeni stali karnie w sznureczku, by kupić goździki (to też takie dawne czasy) swoim wybrankom i nie tylko. Ale dlaczego każdy chciał ich mieć jak najwięcej?! Nie bardzo wiedziałem.

    Za chwilę się okazało: jeden goździk, to jeden całus od obdarowanej damy. A co by się działo, gdyby tak do jakiejś obcej damy trafiło 100 kwiatów? Przy niezręcznym zbiegu okoliczności i braku wyrozumiałości – rozwód gotowy!? Na całe szczęście zabrakło goździków i stan cywilny wszystkich balujących nie został naruszony.

    Pomyślano też o przyjemnościach dla panów. Tym razem zadbały o to panie, przypinając do klap marynarek brzydszej części pirackiej gawiedzi wymyślne kotyliony, co również skutkowało okazją do słodkiego całuska. Kiedy emocje kotylionowe opadły, znów puściliśmy się w tany. Styl, figury i kroki dowolne – jednym słowem: „freestyle dancing”!

    Toast mały na cześć happy endu zabawy w Piracki Rejs.

    Ale kulminacją była przeprowadzona przez Beatę – wice pirata w cywilu – zabawa w Piracki Rejs. W dwóch rzędach, naprzeciwko siebie, usiadły siedmioosobowe załogi. Pierwsi vis-à-vis usiedli kapitanowie, następnie bosmani, a w dalszej kolejności: nawigatorzy, mechanicy i marynarze wielbiciele zwierząt, którzy do kompletu wzięli ze sobą małpę i słonia.

    A więc każda z załóg miała siedmiu członków. Prowadząca czytała tekst, w którym pojawiały się funkcje załogantów. Kiedy w tekście pojawił się np. kapitan (akurat miałem zaszczyt być jednym z dwóch), musiałem poderwać się z krzesła i jak najszybciej obiec pozostałą siedzącą załogę od zewnątrz i środkiem wrócić na swoje miejsce. To samo wykonywał mój konkurent z vis-à-vis w tym samym czasie.

    A kiedy wyczytała np. oficerowie, czynność obiegnięcia wykonywali równocześnie: bosman, nawigator i mechanik. Najciekawiej było, kiedy czytanym tekstem poderwała do biegu np. zwierzęta, a one obiegły cała trasę i szczęśliwe usiadły na swoich miejscach, a prowadząca znów wywołała zwierzęta, a one biedne się nie spodziewały, że to nastąpi. W takich razach następowała zabawna konsternacja i oczywiście salwa śmiechu, utrudniająca ponowny start.

    Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy Beatka poderwała całą załogę. Wszyscy sznureczkiem obiegali w koło, a kiedy usiedli szczęśliwi i dumni z wykonania zadania, ona ponownie wywołała załogę. Dalibóg drżałem, by w zapale i ferworze nie zadeptać się wzajem. Ja starałem się jak mogłem, a kiedy nie mogłem, to przynajmniej się starałem. I bywały sytuacje, że mało butów nie pogubiłem.

    W efekcie każdy z nas miał okazje popisać się sprintem. Różnie to wypadało, ponieważ załoganci to piraci w różnym wieku: -dzieścia, -dzieści, -dziesiąt i dobrze -dziesiąt ! Obyło się bez zawału (chodzi oczywiście o szczytowanie adrenaliny) i karetki.

    Było super. Kiedy nazajutrz wracaliśmy z pirackiego rejsu, brzuszyska jeszcze trzęsły się nam ze śmiechu!

    Ryszard Wojnowicz

    Młody narybek piraciątko Gosia.

    Tagi: , ,

      Komentarze

      Czytaj również


      Koronawirus

      #KTOTYJESTEŚ

      ZWROT TV

      Senat Rzeczypospolitej Polskiej Ministerstvo Kultury Fundacja MSZ Fortissimo haloCieszyn

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl www.prekladypygmalion.cz

      Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.
      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.

      Website Security Test