Sylwia Grudzień
E-mail: sylwia@zwrot.cz
MILIKÓW / Teatr Miejscowego Koła PZKO w Milikowie przeżywa prawdziwie renesans. Ich spektakle – zwłaszcza „Ława” – przyciągają tłumy widzów, a bilety na przedstawienia w Domu Kultury „Trisia” znikają w zaledwie kilka minut. O kulisach powstania „Ławy” rozmawiamy z autorem scenariusza Dawidem Haratykiem.
Jak wpadł pan na pomysł napisania „Ławy”?
Pomysł narodził się dwa lata temu, kiedy młodsza grupa teatru w Milikowie wystawiła swój pierwszy spektakl. Wówczas nie mieliśmy jeszcze koncepcji na kolejną sztukę – a nawet pewności, czy w ogóle będziemy kontynuować działalność. W pewnym momencie pojawiła się jednak myśl, by stworzyć coś własnego. Naturalnym punktem wyjścia stał się werk.
Każdy z nas jest z hutą w jakiś sposób związany – pracują tam lub pracowali nasi rodzice, dziadkowie, pradziadkowie. Jeden z aktorów jest jej pracownikiem do dziś. Wszyscy znamy historie ludzi, którzy spędzili tam sporą część życia. Już podczas wspólnego opowiadania tych anegdot śmialiśmy się do łez, dlatego uznaliśmy, że może z tego powstać dobra komedia.
Czy wszystkie historie przedstawione w „Ławie” wydarzyły się naprawdę?
Nie w całości. W spektaklu pojawia się sporo wątków dopisanych lub podkoloryzowanych, by wydobyć komediowy charakter opowieści. Niektóre sytuacje są wręcz przerysowane i balansują na granicy prawdopodobieństwa. Zależało nam jednak na umiarze – nie chcieliśmy przesadzić ani przedstawić werku w niekorzystnym świetle.
Pojawia się przecież temat picia alkoholu w pracy.
To element, który ma swoje zakorzenienie w rzeczywistości. Kilkanaście lat temu picie piwa przed szychtą nie należało do rzadkości – opowiadali mi o tym zarówno tata, jak i dziadek. Przed zmianą i po zmianie chodziło się „na jedno”, a w kantynie można było kupić tzw. „ósemkę”. Wątek alkoholu nie jest więc całkowicie oderwany od realiów dawnych lat.
Akcja sztuki została osadzona mniej więcej w roku 2000, czyli ćwierć wieku temu. Dbaliśmy o detale: na scenie stoi telewizor z 1995 roku, pojawiają się stare szafki, meble, telefon, kalendarz – wszystko po to, aby widzowie od razu poczuli klimat tamtych czasów. Chciałbym wierzyć, że nie jest to obraz współczesnej huty. Choć zdarza się, że z widowni słychać półżartobliwe komentarze w stylu: „No, jakbym cię widzioł”.
Skąd taki tytuł?
Tytuł nawiązuje do ławek, na których siedzą robotnicy – to właśnie na nich rozgrywa się niemal cała akcja. Ławki wykonaliśmy własnoręcznie; są cztery i każda z nich to efekt naszej pracy. Pozostałe rekwizyty znaleźliśmy w naszym PZKO. Przez lata uzbierało się tam sporo przedmiotów z przeszłości, więc mieliśmy z czego wybierać.
Czy tworząc postać Jureczka, graną przez Michała Czeczotkę, inspirowaliście się konkretną osobą?
Kiedy pisałem scenariusz, Jureczek nie był aż tak wyrazisty i rozrywkowy, jakim znamy go dziś. Dopiero podczas prób postać zaczęła żyć własnym życiem i nabrała charakterystycznych cech. Trudno powiedzieć, w którym momencie to się stało – po prostu się wydarzyło. Myślę, że taki Jureczek istnieje tylko w „Ławie”. Nawet w hucie nie ma drugiego takiego.
Ile Michała Czeczotki jest w Jureczku?
Michał jest urodzonym komediantem. Od najmłodszych lat występuje na scenie, ma w sobie naturalną lekkość i prawdziwe aktorskie serce. Do tej roli pasuje idealnie. Powiedziałbym, że Jureczek to w połowie sama postać, a w połowie Michał – te dwa elementy przenikają się i wzajemnie uzupełniają.
Ile czasu zajęło panu napisanie scenariusza?
Przez około pół roku nosiłem tę historię w głowie, układając sceny i dialogi. Sam proces pisania, który rozpocząłem jesienią, trwał trzy miesiące.
Czy miał pan problem z dopasowaniem aktorów do ról?
Wręcz przeciwnie – znajdowałem się w bardzo komfortowej sytuacji. Pisałem tę sztukę z myślą o konkretnych osobach, więc role były niejako „szyte na miarę”. Być może to jeden z powodów, dla których spektakl tak dobrze został przyjęty. Tworząc dialogi, dokładnie wiedziałem, kto je wypowie i w jaki sposób.
W zespole są moi bliscy – brat i kuzyn – a wszystkich aktorów znam bardzo dobrze, wiem, jakie mają predyspozycje i temperament. To ogromne ułatwienie. Pisanie dla nieznanego zespołu byłoby zdecydowanie trudniejsze.
Na jakie trudności napotkaliście podczas prób?
Największym wyzwaniem okazało się przełożenie scenariusza na sceniczne działanie. Gdy rozpoczęliśmy próby, szybko wyszło na jaw, że niektóre sceny czy dialogi wymagają korekty. Kluczową rolę odegrał tutaj reżyser Andrzej Mazur, który pomógł uporządkować całość i nadać jej ostateczny kształt. Oczywiście wyzwaniem było także opanowanie tekstu – w komedii tempo i precyzja są niezwykle istotne, a jedna pomyłka może zachwiać rytmem całej sceny.
Czy podczas prób dobrze się bawiliście? Z perspektywy widza widać, że na scenie również świetnie się bawicie.
Próby trwały dwa miesiące i były czasem intensywnej pracy, ale też ogromnej radości. Czuliśmy, że robimy coś, co naprawdę sprawia nam przyjemność. Śmiechu było mnóstwo. Nie przypuszczaliśmy jednak, że spektakl spotka się z tak ciepłym przyjęciem i że będziemy go grać również w kolejnym roku. Przed nami jeszcze cztery występy w Trzyńcu w Trisii. Myślę, że widzowie wyczuwają, iż robimy to szczerze, z potrzeby serca. Gdyby zabrakło autentyczności, nie byłoby takiego oddźwięku. Same przedstawienia to jedynie fragment całej pracy, emocji i wspólnych przeżyć, które im towarzyszą.
Czyli nie spodziewaliście się takiego sukcesu?
Po występach w Milikowie, które obejrzało ponad tysiąc osób, byliśmy naprawdę zaskoczeni. Podczas ostatniego przedstawienia około 50 widzów musiało wrócić do domu, bo nie zmieścili się w przepełnionym domu PZKO. To zrobiło na nas ogromne wrażenie.
Później występowaliśmy w Wędryni i Jabłonkowie. Dla nas – amatorów z niewielkiego koła PZKO – to ogromny sukces. Każdy z nas pracuje, uczy się, ma swoje obowiązki. Teatr to pasja realizowana w wolnym czasie. Tym bardziej cieszy nas, że publiczność chce nas oglądać.
Jakie macie plany?
Do końca lutego zagramy jeszcze cztery spektakle w Trzyńcu, po czym zrobimy miesięczną przerwę. Na Wielkanoc planujemy przedstawienie nawiązujące do „Ławy”. Tytułu na razie nie zdradzamy. Mogę jednak powiedzieć, że historie bohaterów „Ławy” zostaną rozwinięte, a widzowie poznają ich bliżej.
Czy to również będzie komedia?
Zdecydowanie tak. Komedia to nasz żywioł – innego gatunku chyba po prostu nie potrafimy tworzyć. Zwłaszcza że mamy w zespole naszego „Jureczka”. Z nim trudno byłoby zrobić coś zupełnie poważnego.



