Krzysztof Rojowski
E-mail: krzysztof@zwrot.cz
Nigdy nie ma odpowiedniego momentu, by rozmawiać o historii ludzkich tragedii, konfliktów, sporów oraz podziałów, których efekty wciąż są widoczne na mapach świata. Dobitnie to pokazała fala komentarzy, krytyki czy uwag w stosunku Muzeum Śląska Cieszyńskiego, gdy napisaliśmy o planowanej ekspozycji poświęconej sporom terytorialnym z lat 1918-1920 i 1938. Jako rozmówca dyrektor Ireny French, chciałbym zwrócić uwagę na kilka kwestii, które w moim odczuciu nie wybrzmiały odpowiednio w tej dyskusji.
Granica wciąż w nas jest
To nie będzie tekst, w którym znajdziecie górnolotne i równie fałszywe twierdzenia, że „granica dziś powinna łączyć, a nie dzielić”, „czas patrzeć w przyszłość” i tak dalej. Chociaż granicę na Olzie zdarza się nam przekraczać bezwiednie, to pamięć o tym, dlaczego ona tam w ogóle jest, wciąż potrafi grać na naszych najczulszych strunach. Żeby nie sięgać daleko – wszyscy pamiętamy falę oburzenia, gdy Muzeum Cieszyńskie w Czeskim Cieszynie postawiło przed swoją siedzibą słup graniczny.
Tamto zdarzenie przypomniałem w trakcie rozmowy dyrektor Irenie French. Mój przekaz był taki, że choćby planowana wystawa była najbardziej bezstronna, ponadnarodowa, pokazująca w możliwie najszerszy sposób kwestię podziałów granicznych naszego regionu – i tak wzbudzi falę krytyki i komentarzy.
Ważna nie tylko treść, a sposób jej prezentacji
Pokazanie punktów widzenia różnych ówczesnych środowisk to jedynie merytoryczna strona wystawy. Ważna, do której największą wagę przywiązują cieszyńscy historycy, ale nie jedyna. Zwrócić bowiem należy uwagę na techniczny aspekt planowanej ekspozycji – dyrektor French mówiła bowiem:
„To będzie interaktywna wystawa. Wprawdzie 99% naszych odwiedzających bardzo ceni sobie obecną ekspozycję – taką tradycyjną, po której oprowadza przewodnik, z którym można porozmawiać – to jednak ta część poświęcona sporom granicznym będzie bardziej do studiowania indywidualnego”
No właśnie, indywidualnego. Zmuszającego odbiorcę do wyrobienia sobie czegoś bardzo, ale to bardzo dziś trudnego:
Własnej opinii
W świecie pełnym opinionistów, komentatorów (tak, zdaję sobie sprawę, że i ja nim poniekąd jestem), różnych przekazów medialnych, zjednywania faktów z narracją, wyrobienie własnej opinii bywa trudne.
„Interaktywność”, „nowoczesność” to dziś slogany kojarzące się z marketingowym bełkotem, ale moim zdaniem nabierają zupełnie innego znaczenia w kwestii tej wystawy.
Oto bowiem nie będziemy jej zwiedzać z przewodnikiem – czyli człowiekiem, który może mieć swój punkt widzenia, przedstawiać nam swoją narrację i tak dalej. Tu będziemy – tak przynajmniej wynika ze słów dyrektor – pozostawieni sobie sami. Będziemy mogli popatrzeć, jakie postulaty miało to, czy tamto stronnictwo polityczne, jak poszczególne ówczesne media kreowały swój przekaz, a na podstawie tych właśnie spostrzeżeń wyrobić swoje zdanie.
Historia historii (nie)równa
O ile upadek jabłonkowskich szańców w XVIII wieku czy zniszczenie Podobory w wieku X nikogo dziś nie będą przyprawiać o dreszcze – tematy te można traktować jedynie jako ciekawostki historyczne – to czasy naszych ojców czy dziadków już traktujemy zupełnie serio. Nie odbieramy ich jako „historię” – nudną, z mnóstwem dat i nazwisk nikomu nic nie mówiących – a jako rzeczywistość, w której musieli żyć nasi bliscy.
Nomen omen granica pomiędzy „ciekawostką” a „losami naszych bliskich” jest jednak bardzo cienka. Na to, że żyjemy czy to na Zaolziu, czy na Śląsku Cieszyńskim, czy to w Polsce, czy w Republice Czeskiej miały wpływ zarówno XVIII-wieczne Wojny Śląskie, jak i wojna polsko-czechosłowacka z 1919 roku czy aneksja Zaolzia z 1938. W swoich artykułach historycznych publikowanych w „Zwrocie” próbuję pokazywać, że wojna zawsze jest tragedią ludzi, a nie tylko starciem dowódców i władców.
Im patrzymy głębiej w dzieje, tym kontrowersje są rzecz jasna mniejsze. Zrozumiałym jest, że planowana wystawa w Muzeum Śląska Cieszyńskiego o historii najnowszej, której skutki bezpośrednio dziś widzimy, będzie prowokowała. Myślę, że po tych komentarzach władze Muzeum zdają już sobie sprawę, co może się dziać po jej udostępnieniu.
Dlatego warto dziś poczekać i dać się wykazać historykom – ich zadaniem jest pokazywanie dawnej rzeczywistości taką, jaka była. Na krytykę przyjdzie czas, gdy o tym zapomną.



