Seksualizują dzieci w polskich szkołach! Wdziera się lewacka ideologia i indoktrynacja! Takie hasła można usłyszeć od niektórych komentatorów polskiej sceny politycznej. To reakcja na wprowadzenie w Polsce nieobowiązkowego przedmiotu do szkół – edukacji zdrowotnej. Zdaniem części polskich rządzących, to narzędzie do wprowadzania zgniłych wartości Zachodu do polskich domów. Wartości tak zgniłych, że nie wartych nawet przeczytania podstawy programowej tego dzieła szatana.

    Nie egzekutywa czy jurysdykcja, a okres i owulacja straszy polityków

    Wprowadzenie nowego przedmiotu – nawet, jeśli jest on nieobowiązkowy – wzbudza w Polsce duże kontrowersje. Jedni chwalą, drudzy ganią, a jeszcze inni krytykują, chociaż nie czytali. Dyskusja przeniosła się także do mediów.

    Dość kuriozalna sytuacja miała miejsce w „Poranku Politycznym” emitowanym na antenie TVP Info. Prowadząca Magdalena Pernet zaprosiła do siebie posłów z różnych ugrupowań i zapytała ich, czym różni się… okres od owulacji.

    Andrzej Kosztowniak (PiS): Nie wiem, nie pamiętam, nie interesowałem się tym.
    Marcin Karpiński (Nowa Lewica): Oj, nie będę wchodził w te tematy.
    Ireneusz Raś (PSL): Nie będę z kolegami polemizował.

    W programie uczestniczył także Adrian Witczak z Koalicji Obywatelskiej – z zawodu nauczyciel biologii – ale jemu nie dano się wypowiedzieć, by nie podpowiadał kolegom z sejmowych ław.

    – Chyba mamy odpowiedź na to, czy ten przedmiot jest potrzebny – skwitowała prowadząca.

    Wiedza tajemna?

    Edukacja Zdrowotna to przedmiot wprowadzony przez Ministerstwo Edukacji Narodowej – dowodzone przez minister Barbarę Nowacką z Koalicji Obywatelskiej, ugrupowania współtworzącego rząd z Lewicą, PSL-em i Polską 2050. Przedmiot wszedł od tego roku szkolnego dla klas od czwartej do ósmej szkół podstawowych, po jednej godzinie w tygodniu. Jest też uczony w szkołach średnich.

    Ma to być swoiste uzupełnienie wiedzy z lekcji biologii. To zajęcia zwracające uwagę na takie zagadnienia, jak zdrowie psychiczne, zdrowie społeczne, dojrzewanie, profilaktyka uzależnień czy… no właśnie, zdrowie seksualne. To ostatnie, co oczywiste, spotkało się z oburzeniem co po niektórych polityków.

    Jednym z nich jest wspomniany poseł Kosztowniak z Prawa i Sprawiedliwości. W innym programie, „Debacie Gozdyry”, swój sprzeciw argumentował tak:

    – Nie jest potrzebą dzisiejszej szkoły wprowadzanie kolejnego przedmiotu, na którym będziecie powielać 10. raz to samo. Te rzeczy, o których pani mówiła, uczyliśmy się na biologii i naprawdę dzisiejsza szkoła powinna odpowiadać na potrzeby współczesnego świata. Nie na takiej zasadzie, że dołożymy kolejny ideologiczny przedmiot – podkreślał.

    Przyznał też, że programu nauczania nowego przedmiotu… nie przeczytał. Tak powiedział, nie ściemniam, zobaczcie sami:

    Sprzeciw wobec przedmiotu wydał także polski Episkopat, tłumacząc, że program przedmiotu (czyli go przeczytali, prawda? Prawda?) jest zagrożeniem dla „katolickiej wizji rodziny”. – W programie znalazły się treści dotyczące tożsamości płciowej oraz kwestii prawnych i społecznych związanych ze środowiskiem LGBTQ+. Wszystkie osoby zasługują na szacunek, ale ich wizja seksualności nie jest zgodna z nauką Kościoła. Proponowane treści mogą prowadzić do zniekształcenia obrazu kobiecości i męskości, a nawet powodować, że dziewczęta będą identyfikowały się jako chłopcy, a chłopcy – jako dziewczęta – grzmią duchowni.

    No, to zajrzyjmy w takim razie w tę księgę wiedzy tajemnej, zwaną podstawą programową nowego przedmiotu.

    Bój się Boga, rodzina ma się wspierać i rozmawiać

    W jednym trzeba przyznać posłowi Kosztowniakowi rację – fakt, część wiedzy przekazywanej na Edukacji Zdrowotnej pokrywa się z tą, którą uczniowie poznają na lekcjach biologii. Na niej – poza poznawaniem tak fascynujących stworzeń, jak płazińce, nicienie czy skąposzczety (ręka w górę, kto potrafi powiedzieć, czym są?) – młodzi ludzie dowiadują się, co to jest miesiączka, czym się różnią damskie i męskie organy rozrodcze, mówione jest także o profilaktyce chorób przenoszonych drogą płciową. Wiedza ta przekazywana jest również na edukacji zdrowotnej.

    Sęk w tym, że na biologii uczniowie tylko dowiadują się suchych faktów. Edukacja Zdrowotna ma tę wiedzę poszerzać. Uczniowie w formie dyskusji, burzy mózgów, rozmowy bez oceniania dowiadywać się mają między innymi: czym jest zdrowie, jak wpływa na nie środowisko, relacje czy nawyki, poznają zmiany w procesie dojrzewania. Mówią też o samoocenie, codziennej higienie, zdrowiu psychicznym, emocjach czy – uwaga, Episkopacie! – rodzinie!

    Czy aby katolickiej? Tu ekspertem nie jestem, nie podejmę się definiowania. Program nauczania jednak sugeruje, by na zajęciach pytać dzieci o:

    Co lubią w swoich rodzinach?
    Co sprawia, że w domu jest miło?
    Kto co robi w domu?

    A co gorsza, całość ma się kończyć konstatacją: w rodzinie uczymy się bycia razem, rozmawiania i wspierania się nawzajem. Czy to rodzina katolicka?

    Odważna teza: a gdyby tak najpierw przeczytać, a potem krytykować?

    Możemy się śmiać z niewiedzy posłów, że nie wiedzą, czym jest owulacja czy miesiączka. Kpić z krytyki dla zasady, bez zapoznania się z materią tematu krytykowanego.

    Nie twierdzę, że wprowadzenie edukacji zdrowotnej do szkół sprawi, że kolejne pokolenia nie będą się kompromitować w równym stopniu, co obecni posłowie. Przecież lekcje te mają nie tyle edukować, co kształtować pewne postawy. Zwracać uwagę na ważne zagadnienia: od tego, dlaczego warto dbać o swoje zdrowie, przez zwrócenie uwagi na rodzinę i to, jakie ma ona funkcje po bezpieczeństwo w sieci. Mówić o realnych zagadnieniach współczesnego świata.

    By efekty były widoczne, potrzebni są do tego dobrzy nauczyciele. Tak jest z każdym innym przedmiotem – jedni kochają historię czy fizykę, bo uczyli ich pasjonaci chętni do dzielenia się wiedzą, a inni nie znoszą matematyki czy chemii, bo mieli złe doświadczenia z gnębiącymi belframi.

    Tym bardziej dobór odpowiedniego prowadzącego będzie ważny w przypadku tak wrażliwej tematyki. Tu potrzeba dydaktyków, którzy mają świetny kontakt z uczniem, potrafią mówić w sposób zrozumiały dla młodych ludzi, którzy ich rozumieją i są otwarci na ich wrażliwość. Wybór niewłaściwego nauczyciela to prosta droga do nadużyć. To jednak kompetencja szkół. Nie ministerstwa.

    Dlatego też świat byłby lepszym miejscem, gdyby politycy krytykowali zagadnienia, które rozumieją. Z którymi się zapoznali i potrafią wytknąć błędy w takim czy innym punkcie.

    Świat byłby też jeszcze lepszym miejscem, gdyby politycy popierali rozwiązania nie tylko dlatego, że wywodzą się z ich środowiska politycznego. Przecież poseł Karpiński z Lewicy – mającej od lat na sztandarach edukację seksualną – nie odważył się „wejść w temat” różnicy między okresem a owulacją. Byłoby super, gdyby potrafił nie tylko odpowiedzieć na to pytanie, ale też wyjaśnić, dlaczego edukacja zdrowotna jest ważna. Nie, odpowiedź „bo to pomysł szefa rządu” nie będzie poprawna.

    Tylko chyba nie ma takiej podstawy programowej, która potrafiłaby tego posłów nauczyć.

      Komentarze



      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Projekt finansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych w ramach konkursu pn. Polonia i Polacy za granicą 2023 ogłoszonego przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.
      Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie im. Jana Olszewskiego