Krzysztof Rojowski
E-mail: krzysztof@zwrot.cz
W styczniu zdobyła złoty medal Zimowych Igrzysk Uniwersyteckich, a na co dzień mieszka kilka kilometrów od północnego koła podbiegunowego. Mowa o Dominice Malickiej, absolwentce Polskiego Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego w Czeskim Cieszynie i hokeistce, która w wywiadzie dla „Zwrotu” opowiada o włoskim turnieju, życiu w mroźnej Finlandii, a także swoich celach i marzeniach.
Nie przegrały ani jednego meczu. Czeszki ze złotem Zimowych Igrzysk Uniwersyteckich
O sukcesie czeskich hokeistek, z Dominiką Malicką w składzie, pisaliśmy pod koniec stycznia. Zaolzianka w całym turnieju zaliczyła jedną asystę, niezwykle ważną, bo w samym finale. Bohaterką ostatniego starcia z Kanadą była Julie Pejsova, bramkarka reprezentacji, widoczna na zdjęciu głównym obok Malickiej.
Życie w Finlandii
Co u Ciebie słychać? Co się u Ciebie zmieniło, odkąd ostatni raz rozmawiałaś z naszą redakcją?
Dominika Malicka: Po maturze chciałam wyjechać gdzieś za granicę, bo w Czechach hokej dla dziewczyn nie stoi na zbyt wysokim poziomie. Zależało mi na regularnej grze i wyjeździe, no i tak wylądowałam w RoKi Naiset. Bardzo się z tego cieszę, chociaż bywa ciężko od strony psychicznej, bo przegrywamy wiele meczów.
Ale chyba dużym atutem jest fakt, że to liga w pełni kobieca. Nie musisz grać z mężczyznami, jak w Czechach.
Tak, są tu dobre warunki, treningi mamy dwa razy dziennie. W lidze jest 9 drużyn.
Czy łączysz sport z nauką?
Tak, studiuję na Uniwersytecie Palackiego w Ołomuńcu kierunek wychowanie fizyczne i sport. Na szczęście uczelnia zgodziła się na zdalny tryb nauki i z większością wykładowców da się porozumieć. Ale bywa trudno.
A jak to wygląda u Twoich koleżanek z drużyny?
Większość jest młodsza ode mnie i chodzi do szkoły średniej – budynek jest zaraz obok hali, więc nie mają problemu. Mam też koleżankę z Czech, która studiuje w Finlandii.
Wspominałaś, że Twojej drużynie nie idzie zbyt dobrze. Będąc daleko od domu, jak to znosisz?
Jest trudno, zwłaszcza że to mój pierwszy rok za granicą. Staram się jakoś przetrwać, bo Rovaniemi to miasto na samej północy – to ciemne, bardzo depresyjne miasto. Chociaż bywa też pięknie – jak wyjdzie czasem słońce i jest dużo śniegu, tak jak teraz.
No i św. Mikołaj jest blisko (śmiech).
Tak, odwiedziłam go w grudniu i nawet dostałam mały prezent (śmiech). Koleżanka z drużyny pracowała tam zresztą jako elfka.

Uniwersjada, czyli sport, ale nie tylko
Ale chyba dużo lepszym prezentem był złoty medal z uniwersjady. Jak oceniasz swoją postawę w trakcie tego turnieju? Z dostępnych statystyk wynika, że zaliczyłaś tylko jedną asystę, chociaż bardzo ważną, bo w finale.
Dla mnie był to jeden z najlepszych turniejów w życiu. Nie zwracam uwagi na zdobyte punkty, po prostu w każdym meczu staram się dawać z siebie wszystko dla drużyny. Pracować dla niej, przejmować krążek w odbiorze i go przesuwać dalej, by koleżanki mogły wypracować odpowiednie sytuacje. Po prostu robić tą „czarną robotę”, która może nie jest nagradzana asystami czy bramkami, ale też bardzo istotna.
Spodziewałaś się udziału w turnieju? Trenerzy reprezentacji Cię obserwowali?
Tak, spodziewałam się, bo byłam w kontakcie z trenerem i sztab obserwuje większość tych zawodniczek występujących za granicą. Gra w zagranicznych klubach zwiększa też szanse na powołanie do kadry narodowej.
Uniwersjada to coś więcej niż zwykły turniej – to wydarzenie także społeczne, integrujące sportowców z różnych krajów. Podobało Ci się tam?
To było jedno z najpiękniejszych doświadczeń. Bardzo podobała mi się ceremonia otwarcia, było mnóstwo bardzo otwartych i miłych sportowców. Mogę powiedzieć, że narodziło się tam sporo dobrych znajomości. Nasza reprezentacja złapała dobry kontakt z Japonkami – były bardzo sympatyczne, chociaż kiepsko mówiły po angielsku.
To jak nawiązałyście relacje? Dały wam sushi i zasmakowało (śmiech)?
(śmiech) Nie nie, jakoś tam udawało się nam porozumieć, pomagając sobie rękami czy nogami (śmiech). Były bardzo otwarte.
Uniwersjada to impreza studencka, więc pewnie też był czas na imprezy?
Jasne. Z dziewczynami zwiedzałyśmy miasto i raz zorganizowano nam taką dyskotekę. Chociaż musiałyśmy się pilnować, bo to było w przeddzień półfinału (śmiech). Były tam nie tylko hokeistki, ale też inni sportowcy – był czas, żeby się poznać i odreagować.
Po finale też pewnie nie zabrakło okazji do świętowania?
Mecz kończyłyśmy około północy, więc potem w szatni przez jakieś pół godziny mogłyśmy celebrować wygraną, a potem pojechałyśmy na też taką dyskotekę już ze sztabem trenerskim. Tylko mogłam tam być tylko przez dwie godziny, bo o 3:00 musiałam jechać na lotnisko na samolot do Finlandii…
Bezpośredni chociaż?
Nie, z przesiadką w Amsterdamie.
No to dość wyczerpująca podróż.
Tak, ale przyjemniej jest wracać ze złotym medalem (śmiech).
Pomaga w trudnych chwilach?
Tak. Bardzo się cieszę, że udał się nam ten turniej, bo trochę zapomniałam, jak to jest wygrywać mecze. Dla RoKi gra w najwyższej lidze to jest największy sukces w historii, ale jak się notuje tylko jedną wygraną, to trudno o optymizm.

Jak trafiła do Rovaniemi? Nie żałuje?
Jak to się stało, że tam trafiłaś?
Dostałam propozycję i postanowiłam, że warto na nią przystać. Wiedziałam przede wszystkim, że będę dostawać sporo czasu na lodzie, a to dla mnie bardzo ważne. Nie jestem osobą o dużej pewności siebie i miałam nadzieję, że to mi pomoże. Z drugiej strony to jednak trudne doświadczenie, tak czysto od strony psychicznej. Zastanawiam się, gdzie będę grać w przyszłym sezonie.
Mówiłaś kiedyś „Zwrotowi”, że do grania zmotywował Cię Twój brat. On, w przeciwieństwie do Ciebie, już nie gra. Wciąż walczysz, utrzymujesz się na dobrym poziomie. To nie pomaga?
Nigdy w ten sposób o tym nie myślałam. Nigdy nie było między mną a bratem jakiejś konkurencji. On poszedł na studia, teraz dużo podróżuje korzystając z Erazmusa, po prostu wybrał inną drogę.
Podpytam jeszcze o tę przeprowadzkę do klubu z Rovaniemi. Działacze klubu obserwowali Cię wcześniej w Trzyńcu? Jak to się stało, że dostałaś propozycję gry?
Skauci najczęściej obserwują turnieje międzynarodowe – na przykład Mistrzostwa Świata juniorek. Grając na nich, najłatwiej o taki transfer. U mnie było jednak inaczej – dostałam kontakt do klubu od koleżanki, więc napisałam. Zaproponowano mi bardzo dobrą umowę, więc zdecydowałam się na przeprowadzkę. Miałam też kilka propozycji z innych klubów, ale na nie aż tak dobrych warunkach.
Patrząc z perspektywy waszych wyników, nie żałujesz?
Trochę tak. Chociaż poznałam tu nowych fajnych ludzi, życie w Rovaniemi mi się podoba, więc mimo wszystko cieszę się. Ważne jest też dla mnie to, że gram w drużynie stricte kobiecej, bo w Trzyńcu musiałam rywalizować z chłopakami. To było jednak cenne doświadczenie, dało mi dużo od strony fizycznej.
Atmosfera w drużynie i plany na przyszłość
A jak na Twój sukces z Uniwersjady zareagowały koleżanki z drużyny? Gratulowały Ci?
Tak, można tak powiedzieć… (uśmiecha się).
Co stoi za tym tajemniczym uśmiechem?
No różnie z dziewczynami jest (śmiech). Ale tak, gratulowały mi, cieszyły się. Od trenerki dostałam nawet tort po jednym z treningów, co było bardzo miłe.
Bywasz czasem w rodzinnym domu?
Byłam na święta i bardzo mile wspominam ten czas. Niedługo później wylatywałam do Włoch na uniwersjadę.
A jakie masz plany na ten rok?
Przez trzy czy cztery miesiące będę tutaj, a potem będę musiała się rozejrzeć i pomyśleć, co dalej. Może znajdę inny klub tutaj, w Finlandii, a może pojadę do Szwecji.
Czy Twoja gra w Rovaniemi ułatwia znalezienie potencjalnie innej drużyny? Bo jesteś już jakby częścią rynku krajów nordyckich?
Inne kluby już o mnie wiedzą, więc tak, to ułatwia sprawę, chociaż bardziej w kwestii samej Finlandii. Szwecja natomiast ma najlepszą w Europie ligę hokejową kobiet, więc tam jest duża konkurencja. Więc będę z pewnością poszukiwać tam zaczepienia, mam też kontakty do różnych trenerów czy agentów.
Życzę więc, by udało się te plany zrealizować i dziękuję za rozmowę.



