Najpierw startował w Gibczoku razem z ojcem. Dziś sam odpowiada za organizację zawodów, a na trasie pojawiają się jego trzej synowie. Ryszard Szarzec przejął organizacyjną pałeczkę po pomysłodawcy imprezy Tadeuszu Farnym, ale nadal pozostaje również zawodnikiem. W tegorocznej edycji wygrał w kategorii mężczyzn w wieku 35–49 lat. Rozmawiamy z nim o tym, jak Gibczok wygląda z drugiej strony i dlaczego warto tę tradycję kontynuować.

    Od startów z ojcem do organizacji zawodów

    Od kiedy bierze pan udział w Gibczoku?

    Moja przygoda z Gibczokiem zaczęła się w 2008 roku. Startowałem wtedy jeszcze w kategorii młodzików. Na początku, kiedy zawody dopiero zdobywały popularność, konkurencja nie była jeszcze tak duża. Startował również mój tata. Była nawet osobna kategoria Gibczok Familija, która pozwalała rywalizować całym rodzinom.

    Przez lata był pan przede wszystkim zawodnikiem. Kiedy pojawił się pomysł, by przejąć organizację zawodów od Tadeusza Farnego?

    Stało się to w 2022 roku, po czteroletniej przerwie. Ostatnia edycja przed pandemią odbyła się w 2018 roku, a COVID-19 uniemożliwił organizację kolejnych. W 2022 roku postanowiliśmy z Tadkiem wspólnie wrócić do zawodów. Wystartowało wówczas zaledwie 15 zawodników. W kolejnych latach uczestników jednak przybywało, a organizacja stawała się coraz większym wyzwaniem, zwłaszcza jeśli chodzi o pomiar czasu. Tadek nadal mi pomagał, ale z czasem przejąłem większość obowiązków.

    W tym roku ponownie wystartował pan w zawodach i wygrał w swojej kategorii. Czy trudno pogodzić rolę organizatora z rywalizacją sportową?

    W ubiegłym roku zrezygnowałem ze startu, ponieważ obowiązków organizacyjnych było zbyt dużo. Nie wiedzieliśmy jeszcze, jak sprawdzą się elektroniczne czipy do pomiaru czasu. W tym roku, dzięki tej technologii, nie musiałem już pełnić funkcji sędziego podczas głównego wyścigu i mogłem sam stanąć na starcie.

    To dla mnie również okazja, by sprawdzić swoją kondycję. Trasa się nie zmienia, a ja od lat jeżdżę na mniej więcej takim samym rowerze, więc mam dobre warunki do porównywania wyników. Niestety, z każdym rokiem jestem nieco wolniejszy. W 2016 roku, kiedy byłem w najlepszej formie, pokonałem trasę o minutę szybciej niż obecnie.

    Czy z perspektywy organizatora Gibczok wygląda dziś zupełnie inaczej niż wtedy, gdy brał pan w nim udział wyłącznie jako zawodnik?

    Zdecydowanie. Dziś przede wszystkim dostrzegam, ile pracy wymaga przygotowanie takich zawodów. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim, którzy mi pomagają. Sam nie byłbym w stanie tego zorganizować. W tym roku nasza ekipa liczyła 12 osób, a do tego trzeba doliczyć jeszcze obsługę elektronicznego pomiaru czasu. Bez takiego zespołu trudno byłoby sprawnie przeprowadzić całe wydarzenie.

    „Szkoda byłoby przerwać tę tradycję”

    Co sprawia, że mimo obowiązków i odpowiedzialności nadal chce pan organizować Gibczoka?

    Szkoda byłoby przerwać tradycję, którą przez tyle lat budował Tadek Farny. Gibczok ma już swoją historię i cieszę się, że mogę ją kontynuować. Z roku na rok zawody przyciągają coraz więcej uczestników, co jest dla mnie najlepszą motywacją. Ważne jest też to, że wokół imprezy zgromadziła się grupa ludzi, którzy chcą ją współtworzyć i poświęcają jej swój czas.

    Jak ocenia pan tegoroczną edycję?

    Jestem bardzo zadowolony. Dopisała pogoda, wszyscy bezpiecznie dotarli do mety i obyło się bez wypadków. Wszystko poszło zgodnie z planem. Szczególnie cieszy mnie duża liczba kobiet na starcie. To pokazuje, że Gibczok przyciąga coraz szersze grono uczestników.

    W tym roku na trasie pojawili się również pana trzej synowie. Czy to początek rodzinnej tradycji?

    Moi synowie mają 5, 7 i 9 lat i bardzo się cieszę, że również biorą udział w zawodach. Dla mnie to przede wszystkim okazja do wspólnego spędzania czasu i pokazania im, że sport może być świetną zabawą. Sam zaczynałem jako młodzik, więc tym bardziej cieszy mnie, że oni także mogą poznawać Gibczoka od najmłodszych lat.

    Na zakończenie chciałbym podziękować wszystkim współorganizatorom, a zwłaszcza Basi Byrtus, Dance Milerskiej, rodzinom Szewczyków, Kadłubców i Kluzów. Bez ich pomocy nie dałbym rady. Gdybym musiał jednocześnie organizować zawody i wystartować, biegałbym jak urwany szlauch! Cieszę się, że mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć. Dzięki nim Gibczok może być kontynuowany.

    ZWROT Ustaw "Zwrot" jako swoje źródło wiadomości
    DODAJ W GOOGLE

      Komentarze





      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Zadanie współfinansowane ze środków Kancelarii Senatu.