TRZYNIEC / To było bardzo ciepłe spotkanie w iście rodzinnej atmosferze – i to nie jest przenośnia, bowiem hokeista Marian Adámek i pięcioboista Marek Grycz są bliskimi kuzynami. We wtorek (6 października) w trzynieckiej bibliotece odbyło się spotkanie z cyklu „Po naszymu w świecie”, na którym dwaj sportowcy związani z Trzyńcem opowiadali o swoich doświadczeniach, pasjach, a także przytaczali wiele ciekawych historii.

    Kuzynów dwóch

    Ponad godzinne spotkanie prowadził Michał Raszka, współzałożyciel projektu Saves Help – to inicjatywa, która łączy profesjonalny sport z pomocą dla osób w trudnej sytuacji życiowej.

    Prowadzący wprawdzie mówił po czesku, ale jak zaznaczył na samym początku, jego rozmówcy chcieli wypowiadać się jedynie po naszymu. Widownia, której sporą część stanowiły rodziny obu sportowców, nie miała nic przeciwko. Jak wspominaliśmy, Marian Adámek i Marek Grycz są bliskimi kuzynami – mama hokeisty i tata pięcioboisty są rodzeństwem.

    Obrońca Stalowników na samym początku został zapytany, czy po tylu sezonach w barwach klubu gra wciąż sprawia mu radość. – W przyszłym roku minie 10 lat od matury, a ja po prawdzie wciąż jestem tym samym chłopakiem – wygłupiającym się z chłopakami na hali przed treningiem, a potem wciąż bawiącym i cieszącym się tym wszystkim. W hokej gram prawie 25 lat i wciąż dostarcza mi wiele radości – zaznaczał.

    Marek Grycz z kolei podzielił się swoimi wspomnieniami z Trzyńcem. – Pierwszą rzeczą, która kojarzy mi się z miastem, jest polska szkoła i widok z niej na Hutę Trzyniecką. A poza tym? Pamiętam na przykład, że tam, gdzie stoi dziś Tesco, były zwykłe domy, spędzaliśmy tam mnóstwo czasu. Tak samo nad rzeką Olzą, w której się kąpaliśmy. No i z Trzyńcem kojarzy mi się też hokej, trochę by było głupio, gdyby tak nie było – zaznaczał z uśmiechem.

    Bycie tu stela, polskość i mówienie po naszymu

    W trakcie rozmowy został także poruszony temat tożsamości narodowej.

    – Gdy byłem młody i zacząłem jeździć na zgrupowania do Pragi, to wszyscy żartowali, że „to ten Polok przyjechał”. Wszyscy koledzy pięcioboiści z Pragi wiedzieli, że jestem tu stela, z Trzyńca. Z kolei inni młodzi zawodnicy, spoza Pragi, ukrywali to skąd pochodzą – nie chcieli o tym mówić. U mnie było odwrotnie – w ogóle się swojego pochodzenia nie wstydziłem – opowiadał Marek Grycz.

    – To nie jest wcale łatwe – dodawał Adámek. – Kiedyś w naszym regionie wielu Czechów nas wyśmiewało – gdy chodziłem do polskiej szkoły, to nieraz słyszeliśmy różne określenia. Musiałem z tym walczyć, w klubie także – czasem dochodziło do tego, że z moim tatą bałem się mówić po naszymu, by nie zostać wyśmianym. Teraz jednak wszystko poszło w drugą stronę – gdy w szatni ktoś powie coś po naszymu, to wszyscy się uśmiechają, bo to jest fajne i ożywia atmosferę. Często mam tak, że w głowie rozmyślam po naszymu i jak od razu coś powiem, to też po naszymu, wszystkim się to podoba – opowiadał obrońca Stalowników.

    Trudy rywalizacji sportowej

    Grycz był pytany o to, która z dyscyplin pięcioboju sprawia mu najwięcej przyjemności.

    – Myślę, że wszystkie, oprócz pływania. Większość pięcioboistów od niego w ogóle zaczyna, dojście do dobrego poziomu też trwa bardzo długo. Od szóstego roku życia codziennie trzeba iść na basen na godzinę-półtorej – nie wiem, kogo to może bawić. Przez półtorej godziny jest się samemu w wodzie i jedyne co słychać, to bul-bul – opowiadał z uśmiechem. – Jeśli to kogoś bawi, to chyba okłamuje sam siebie – dodawał żartobliwie.

    Warto dodać, że po Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku doszło do zmian w pięcioboju nowoczesnym – jazdę konną zastąpił specjalny bieg z przeszkodami.

    – Mam z tą dyscypliną specyficzną relację. Jeśli się jeździ 15 lat na koniach – a bardzo lubiłem tę dyscyplinę – i nagle zmienia się ją na zupełnie inną, to ciężko się dostosować. Zwłaszcza, że w momencie zmiany miałem już odpowiednie doświadczenie, przekładające się na dobre wyniki. Ale nie jest źle – nie jestem w tym biegu ani najlepszy, ani też najgorszy – mówił Grycz.

    Adámek opowiadał z kolei o przygotowaniach do każdego meczu. – Wizualizuję sobie często sytuacje, które mogą wystąpić na lodzie, analizuję też słowa trenera. A potem i tak wszystko wygląda inaczej – przyznawał.

    – Mam też swoje rytuały przedmeczowe. Staram się na przykład jeść o określonych porach od samego rana, by sacharydy „wystrzeliły” o odpowiedniej porze, a kofeina spadła i pozwoliła wieczorem zasnąć – dodawał.

    Reprezentacyjne starty

    Nie mogło również zabraknąć pytań o start Marka Grycza na igrzyskach w Paryżu oraz grę Adámka w reprezentacji Czech.

    Jak przyznał olimpijczyk z Bystrzycy, dużo trudniejszym wyzwaniem dla niego było zdobycie kwalifikacji olimpijskiej, niż start na imprezie. – Proces kwalifikacji jest długi, dostać się trudno, zwłaszcza do pięcioboju. Start może nie był do końca nagrodą – przecież trzeba się było do niego przygotować, być w formie – ale w porównaniu z całą tą pracą, by się zakwalifikować, to nie ma porównania – wyjaśniał.

    – Przyznam jednak, że start na Igrzyskach był dla mnie spełnieniem marzenia, chociaż presja tam jest ogromna. Pamiętam jazdę konną, która odbywała się przed Wersalem, w ogrodach wersalskich. Na zwykłych zawodach jest zazwyczaj maksymalnie tysiąc widzów, a tam było z 17 tysięcy! A tu trzeba było wsiąść na konia, którego się niezbyt dobrze zna, wystąpić przed takim tłumem, który kibicuje, nagrywa filmiki – nie da się obok tego przejść obojętnie – dodawał Grycz.

    Hokeista Stalowników o swojej grze w czeskiej reprezentacji mówił natomiast tak: – Zawsze o tym marzyłem i gdyby jeszcze 3-4 lata temu ktoś mi powiedział, że to marzenie się spełni, to bym nie uwierzył. Zawsze myślałem, że są dużo lepsi ode mnie gracze, ale dzięki ciężkiej pracy udało mi się ten cel osiągnąć. Gdy po raz pierwszy dostałem powołanie, byłem bardzo szczęśliwy, ale dostałem infekcji i nie mogłem pojechać. Udało się kolejnym razem – trener obrońców reprezentacji zabrał mnie na następny turniej, na którym mogłem już zagrać.

    Adámek wspominał również pierwszy trening w narodowych barwach. – Byłem cały zestresowany. Potem jednak uznałem, że wszyscy tam są też ludźmi, takimi jak ja i było już dużo lepiej. Zauważyłem, że to się niewiele różni od tego, co mamy w klubie, atmosfera też była świetna – opowiadał.

    Grycz i Adámek muzykami?

    Jedno z pytań z publiczności dotyczyło roli muzyki w życiu obu sportowców. Pochodzą oni wszak z dość muzykalnych rodzin, grających w zespołach. Czy czuli nacisk, by też związać się ze sceną? – Do niczego nas nie zmuszali – mówił z uśmiechem Adámek. – Ja kocham muzykę, w wolnym czasie dużo jej słucham, ale to chyba dobrze, że obaj zostaliśmy przy sporcie – dodawał żartobliwie.

    – Nasi rodzice wprowadzili nas w muzyczny świat, ja sam lubię muzykę rockową – słuchało się u nas sporo polskiego rocka: Lady Pank, Perfect, Budkę Suflera, ale też zagraniczne kapele – Rammstein, Metallicę, AC/DC – mówił Grycz.

    ZWROT Ustaw "Zwrot" jako swoje źródło wiadomości
    DODAJ W GOOGLE

      Komentarze





      CZYTAJ RÓWNIEŻ



      Ministerstvo Kultury Fundacja Fortissimo

      www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl

      Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.
      Zadanie współfinansowane ze środków Kancelarii Senatu.