Krzysztof Rojowski
E-mail: krzysztof@zwrot.cz
Wyspy Owcze – niewielki archipelag na Oceanie Atlantyckim, zamieszkiwany przez 55 tysięcy Farerów i… około 80 tysięcy owiec. Na tym niewielkim i często zapominanym skrawku Ziemi żyje także niewielka polska społeczność, a jedną z jej najbarwniejszych postaci jest Sabina Poulsen. Pochodząca z Wielkopolski promotorka farerskiej kultury opowiada „Zwrotowi” o tym, jak wygląda tamtejsze życie, z jakimi problemami mierzą się mieszkańcy, a także o swoich osobistych doświadczeniach.
Sabina Poulsen trafiła na Wyspy Owcze w 2005 roku. Z wykształcenia jest pedagogiem, ale prowadzi własne biuro podróży. Napisała przewodnik turystyczny po archipelagu, pisze bloga i promuje farerską kulturę w Polsce. Współpracuje także z Biurem Imigracyjnym, często pomagając Polakom przyjeżdżającym na archipelag w wielu różnych sytuacjach. W 2022 roku otrzymała nagrodę w konkursie Osobowość Polonijna Roku im. Edyty Felsztyńskiej, który organizowany jest przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Polonijne.
Jest też bardzo aktywna w mediach społecznościowych – na Facebooku i Instagramie, gdzie pokazuje farerską codzienność:
Farerska małomiasteczkowość
Pochodzisz z Odolanowa, w którym mieszka 5 tysięcy mieszkańców. Czy Wyspy Owcze są „małomiasteczkowe”?
To ciekawe pytanie, nikt mnie jeszcze o to nie pytał (śmiech). Myślę, że jak najbardziej tak. Tylko by tu sobie radzić, trzeba mieć odpowiedni charakter, umieć się porozumieć, samo pochodzenie z małej miejscowości w niczym nie pomoże. Tutaj nie ma czasu na nudę – pracuję jako pedagog w przedszkolu z dziećmi autystycznymi. Gdyby to było jedyne moje zajęcie, to od dzisiaj (rozmawiamy w piątek – przyp. red.) do środy miałabym wolne. Tylko ja nie umiem nic nie robić (śmiech).
Pierwszym Polakiem, który trafił na Wyspy Owcze – to były czasy powojenne – był Józef Dybczak. Pochodził, co ciekawe, z Cieszyna i na archipelagu mieszkał wiele lat. Gdy przyjechał w odwiedziny do Polski, został okradziony – zostawił cenne rzeczy w niezamkniętym samochodzie, był przyzwyczajony do tej nordyckiej „kultury otwartych drzwi”. Zastanawiam się – czy ta otwartość wciąż jest obecna w kulturze farerskiej?
Niestety już nie, chociaż pytanie, czy ona naprawdę kiedykolwiek była obecna? Może tak, ale tylko do określonego poziomu – na przykład zawsze możesz przyjść do kogoś na kawę o każdej porze i zostaniesz wpuszczony.
Teraz jednak sytuacja się zmieniła. Na Wyspy Owcze przyjeżdża dużo osób z Filipin czy Nepalu i chętnie są zatrudniani w barach, restauracjach, na stacjach benzynowych. Natomiast gdy masz wyższe wykształcenie, to Farerczycy nie są wobec ciebie tak otwarci. Ja zawsze mówię, że jestem największą fanatyczką Wysp Owczych i nie opowiadam o tych negatywnych aspektach, natomiast Farerczycy… chcą przede wszystkim wspierać siebie nawzajem. Innych, z innymi umiejętnościami – które może nawet byłyby im niekiedy potrzebne – nie dopuszczają do siebie, pokazują im, gdzie ich miejsce.
Pracuję tu od 20 lat, z wykształcenia jestem pedagogiem. Miałam taką sytuację, gdy kumpela w pracy do mnie mówi: „słuchaj Sabina, ale my was tutaj nie chcemy, nie potrzebujemy”. Odpowiedziałam jej, że „sorry, o jakieś 20 lat za późno, niestety musisz tutaj patrzeć na moją gębę” (śmiech). Mieszkam już tutaj długo, mam tu rodzinę, pracę, swoje biznesy, ale gdy ktoś tu przyjeżdża, to nie ma tak fajnie i wesoło. Farerzy są otwarci, ale tak jak mówiłam: przyjdź na kawkę i spadaj (śmiech).
Czy w 2005 roku, gdy przeprowadzałaś się na archipelag, Wyspy Owcze były innym krajem?
Miałam męża Farerczyka, co otwierało wiele drzwi. Nie było wtedy też kobiet z Filipin czy Nepalu, które chciały pracować. Trochę do mnie podchodzili na zasadzie „O, Polka przyjechała, trzeba jej pomóc” (śmiech). Ja znałam dwa słowa po farersku, a oni „o, nawet mówi” (śmiech). Czułam się trochę jak taki miś, którym trzeba się zajmować. To też było dość niezwykłe, że 23-latka ma wykształcenie pedagogiczne – na Wyspach zazwyczaj kobiety najpierw zakładają rodziny, rodzą dzieci, a dopiero potem, jak te podrosną, mają czas na zdobywanie wykształcenia.
Pamiętam też, że po miesiącu pracy przychodzi do mnie szefowa i mówi: słuchaj, od jutra rozmawiamy z tobą tylko po farersku. Uznałam to za żart, ale tak naprawdę było (śmiech). Wydawało mi się, że nigdy się tego języka nie nauczę, ale… pomógł mi fakt, że nie miałam wtedy kontaktu z Polakami. Dzięki temu mogłam się szybko przestawić i dziś znam ten język. Może nie taki „uniwersytecki” farerski, ale skoro używam go na co dzień, nawet w sądzie – to znaczy, że umiem go w wystarczającym stopniu.

Polacy na Wyspach Owczych
No właśnie, bo Ty często pomagasz Polakom, którzy trafiają na Wyspy. Słyszałem nawet, że raz musiałaś jechać do szpitala psychiatrycznego, bo trafił tam Polak, który nie umiał mówić po farersku.
Jestem tłumaczką w biurze imigracyjnym, zresztą nawet dzisiaj tam byłam. Mnie to nic nie kosztuje, a chodzi o to, żeby ktoś poczuł wsparcie. Przecież na Wyspach nie ma zbyt wielu Polaków.
Koło setki?
Powiedziałabym, że mniej więcej 350. Z tego około 150 mieszka tu na stałe, a reszta przyjeżdża na kontrakty.
Ci, którzy mieszkają na stałe, są zorganizowani?
To trudne pytanie. Od lat staram się zostać konsulem honorowym Rzeczypospolitej na Wyspach Owczych. W ubiegłym roku, głównie dzięki moim staraniom, zorganizowano w stolicy pierwsze w historii tutejszej Polonii głosowanie w wyborach prezydenckich. Sama jeździłam do Danii i o to zabiegałam.
Wspieram Polaków, pomagam im, robię wiele rzeczy, które powinien robić konsul honorowy, ale bez tego tytułu. A to by dużo znaczyło i mocno ułatwiało pracę – w sensie formalnym, bo przecież konsulowie honorowi nie otrzymują żadnego wynagrodzenia.
A poza takimi formalnymi sprawami? Czy Polacy na Wyspach mają taki codzienny, normalny kontakt ze sobą?
Kilka lat temu próbowałam organizować takie comiesięczne spotkania integracyjne dla Polek – żeby się spotkały, pogadały, pogawędziły. Robiłam je u siebie w domu, spotkałyśmy się kilka razy. Potem dziewczyny zaczęły mnie obgadywać, że jestem leniwa, bo organizuję to u siebie. Nie wiem, co w tym leniwego – zapraszasz ludzi na imprezę, którą musisz przygotować, a po niej posprzątać. Z projektu wyszła lipa.
Czasami jednak Polacy spotykają się w kościele. Mamy co miesiąc takie spotkania przy kawie, gdzie możemy posiedzieć razem i pogadać. To bardzo sympatyczne.

Sport łączy Farerów
Takim innym miejscem, w którym chętnie się spotykają ludzie żyjący na Wyspach, są boiska piłkarskie. Coś o tym wiesz, bo z tego co wyczytałem, to Twoim obecnym partnerem jest Tomasz Przybylski, były piłkarz grający na Wyspach.
Tak, a w piłkę wciąż gra jego syn Michał. Piłka nożna tutaj jest półamatorska – wszyscy normalnie pracują, a na futbol mają czas popołudniami.
Więc u nas bywa tak, że albo jedziemy na mecz Michała, albo w domu telewizor non stop jest zielony, bo lecą same mecze (śmiech). Tomek jest fanatykiem piłkarskim, ogląda absolutnie wszystko co leci.
Ale tak, mecze są tu okazją do spotkań. Gdy mój synek miał cztery latka i ganiał z kolegami po boisku, to w gronie mam spotykałyśmy się, piekłyśmy ciasta, piłyśmy kawę i tak dalej. Muszę przyznać, że futbol bardzo dużo mi dał – pomógł mi w integracji ze społeczeństwem farerskim.
W zeszłym roku piłkarska reprezentacja Wysp Owczych pokonała w eliminacjach do Mistrzostw Świata reprezentację Czech. To było pewnie duże święto na archipelagu?
Tak, ale teraz Farerzy żyją piłką ręczną. W 2024 roku byłam w Berlinie na Mistrzostwach Europy – to był pierwszy duży turniej, na który pojechała reprezentacja Wysp Owczych – i tam się działy niesamowite rzeczy (śmiech). Tam przyjechało około 5 tysięcy Farerów, a przecież cały naród liczy około 55 tysięcy ludzi. Niedawno, na meczu w Oslo, było też koło 5-7 tysięcy kibiców z Wysp. Piłka nożna oczywiście jest popularna, ale ostatnio przegrywa z ręczną.
Życie na archipelagu
Chciałbym porozmawiać też o farerskiej codzienności. W jednym z wywiadów mówiłaś, że każdy Farer ma swoje auto. Czy zatem archipelag bywa zakorkowany?
Nie, absolutnie (śmiech). Czasem może się zdarzyć, że w stolicy o 16:00 czy 17:00 można stać w korku przez 5 minut. No, może 15. Ale tak to nie.
Pytasz o codzienność – ona się dość mocno zmieniła przez lata. Mamy teraz tunel, który łączy naszą wioskę z Thorshavn i do stolicy nie jedzie się już 1,5 godziny, a pół. To ogromny luksus, za który trzeba jednak płacić – co miesiąc 2500 koron duńskich (około 1,5 tysiąca złotych, ponad 8 tys. koron czeskich – przyp. red.) za same przejazdy.
Pisałaś też, że obecnie na Wyspach przedmiotem dyskusji jest temat budowy tunelu łączącego stolicę archipelagu z najbardziej wysuniętą wyspą na południe – Suðuroy.
Tak, premier nawet rozpisał z tego powodu przedterminowe wybory. Powiedział, że oddaje władzę, bo czuje, że stracił zaufanie. Teraz znów ruszyły prace projektowe i badawcze wokół tego projektu. Pytanie brzmi raczej nie czy on zostanie wybudowany, tylko kiedy.
Farerzy są strasznie wkurzeni, bo jeśli to dojdzie do skutku, to konieczne będzie podniesienie wieku emerytalnego – z 68 do 69 lat. To strasznie dużo, nikomu się to nie podoba.
To brzmi nieco abstrakcyjnie. Swego czasu słyszałem również, że mieszkańcy tej wyspy buntowali się, że mają płacić za prom tylko i wyłącznie mobilnie, smartfonem, a nie kartą płatniczą. Takich dyskusji w Europie nie ma.
To bardzo dobre spostrzeżenie, ale też pokazuje, jacy ludzie tutaj mieszkają. Zresztą kilka dni temu zadzwoniła do mnie przyjaciółka, która jest panią minister w rządzie Wysp Owczych. Ona mi mówi „Sabina, są wcześniejsze wybory, musisz mi pomóc kręcić TikToki, by dotrzeć do młodzieży!” (śmiech).
To jest ta małomiasteczkowość Wysp Owczych (śmiech).
Innym razem musiałam dzwonić do szefowej Atlantic Airways (linie lotnicze Wysp Owczych – przyp. red.), bo przyleciała Martyna Wojciechowska i… nie dostała swojej walizki. Kilka telefonów i wieczorem już się zguba znalazła. Taki tu mamy klimat, wszyscy się znają (śmiech).

Czy Polacy mogliby się czegoś nauczyć od Farerów?
Spokoju i cierpliwości. Polacy są cholernie roszczeniowi, tutaj czegoś takiego w ogóle nie ma.
Chociaż ostatnio rozmawiałam o Farerach z lekarką, Dunką z pochodzenia. Wniosek był taki, że faktycznie coś się w społeczeństwie zmieniło w ciągu ostatnich 5 lat. Wcześniej dla nich najważniejsza była rodzina, a teraz jednak pojawia się pewien pęd za pieniądzem. Jak się tu przeprowadzałam, to mieli takie podejście „jak nie dzisiaj, to jutro, jak nie jutro, to pojutrze”. Teraz wciąż jest obecne, ale w mniejszym stopniu.



