indi
E-mail: indi@zwrot.cz
JABŁONKÓW / Tegoroczny program Gorolskigo Święta w piątek tuż po zaplanowanym na godz. 16:00 uroczystym przekazaniu symbolicznych kluczy do miasta rozpocznie występ kapeli Bukóń. O zespole rozmawiamy z Otmarem Kantorem, założycielem kapeli.
Jaka jest historia waszej kapeli?
Sama kapela powstała około 2004 roku. Zaczęło się to tak, że chór „Gorol”, w którym śpiewam, z dotacji na zakup tradycyjnych ludowych instrumentów pozyskał gajdy. Przez trzy lata jeździłem na rowerze, z gajdami na plecach do Zbyszka Wałacha do Istebnej. Stroił mi gajdy i uczył mnie grać. Po kilku takich wizytach u tego mistrza tak mnie porwał ten instrument, że się na dobre zabrałem za naukę i szlifowanie gry na nim.
Później spotkałem Jolę Filipek z Łomnej. Pisze wiersze po naszymu, śpiewa pięknym białym głosem i gra na huślach [skrzypce]. Zaczęliśmy razem muzykować. Później dołączył do nas Czesław Pomykacz z akordeonem i tak nasza kapela się powiększyła. W tym składzie graliśmy kilka miesięcy, po czym dołączył do nas Daniel Drong, a odeszła Jola, bo się wyprowadziła z regionu i nie mogła dojeżdżać na próby. Czesław też miał dużo swoich innych obowiązków i nie zawsze mógł, więc ze dwa lata bywało, że graliśmy tylko we dwóch. Ale później dołączyła do nas Dorota Kurek. I tak w tym samym, ustabilizowanym składzie: Dorka, Daniel i ja gramy już od około 10-12 lat do dziś. Czasem jeszcze z nami zagra Czesław. Czasem Czesław zastępuje, jak ktoś nie może.
Jeśli chodzi o skład instrumentalny to są to gajdy, skrzypce i śpiew.
Jaki repertuar wykonujecie?
Głównie nasz śląsko-beskidzki folklor. Tak z 90% to są nasze miejscowe pieśniczki. A oprócz naszych, beskidzkich, tradycyjnych utworów czasem zagramy coś z pobliskiej Słowacji. Ale gajdy to prosty instrument, nie wszystko da się na nim zagrać. Czasem zagramy jakąś czeską piosenkę, ale rzadko. To, co gramy, to musi grać z duszy.
A wam, rozumiem, w duszy gra beskidzka muzyka.
Zdecydowanie tak!
Otwieracie tegoroczny program Gorolskigo Święta, jesteście z Jabłonkowa. Graliście już na Gorolskim Święcie?
Bardzo nas to cieszy, że nas zaproszono, że sobie „domowi” o nas przypomnieli. Bo na Gorolskim Święcie nie graliśmy już chyba z 10 lat. A dla mnie Gorolski Święto to takie święto, które jest dla mnie po Wilji i Wielkanocy kolejnym najważniejszym świętem w roku. Od dziecka tam bywałem, jeszcze w wózku. Później, jak byłem starszy, to zawsze tam całą młodzieżową zgrają chodziliśmy. Ojcowie też chodzili, pilnowaliśmy się więc, by wrócić w sobotnią noc (bo piątkowego programu wtedy jeszcze nie było, Gorol był dwudniowy), chwilę przed nimi.
Czym jest dla Ciebie beskidzki folklor?
Dla mnie to granie z duszy. Niesamowicie mnie fascynuje to, że jest to coś, co jest wspólne, co nas łączy mimo granic państwowych. Że łowczorstwo, pasterstwo, no i ta muzyka to taki gorolski duch unoszący się nad całymi Beskidami. Fascynuje mnie, że mówimy podobnie, że ta kultura łączy. Gdzie indziej może wymarła, ale tu, u nas, wciąż żyje. Choć młodzi nieraz grają za dużo czardaszy itp., za szybko, moim zdaniem niepotrzebnie popisują się techniką, to jednak ten duch jest.
Skąd się wzięła Twoja tak silna tożsamość Górala Śląskiego?
W sumie mogę chyba powiedzieć, że od zawsze, od dziecka, byłem mocno osadzony w tych naszych groniach i ich kulturze. Choć kiedyś, jako nastolatek, byłem trampem. Wtedy, jako nastolatka, interesowały mnie prymitywne kultury. Robiłem sobie łuki, chodziłem po lasach. Jako chłapcy chodziliśmy dużo na Słowację. Już tam, gdy chodziliśmy koło bacówek, rozmawialiśmy z łowczorzami i spali w kolibach, to jak widziałem ten żywy folklor, coś mi w duszy grało. W naszej gazetce „Ogniwo” czy u Ondrusza czytałem nasze legendy, na przykład te o Ondraszku opowiadające o życiu beskidzkich górali w XVII, XVIII wieku. Z czasem pomyślałem, że u nas ta pierwotna, mocno związana z przyrodą, górami kultura przetrwała dłużej, niż w wielu innych regionach. Jeszcze mój starzik chodził do roboty pieszo z Piosku do Nowsia w kyrpcach i onucach. A przecież nasze beskidzkie kyrpce podobne są do butów, jakie noszono w wielu innych górskich regionach świata. Takich podobieństw dostrzegałem więcej.
Tak na dobre, na poważnie, i już z całą świadomością, to chyba tak mocno w tej naszej kulturze ukorzeniły mnie najpierw owce. Bo przez pewien okres swojego życia pracowałem jako pasterz przy owcach. A przy tym pasieniu owiec oprócz ich doglądania coś trzeba robić. Czytałem, ale też zacząłem coś dłubać kozikiem w drewnie, grać sobie na wystruganej samodzielnie prostej fujarce. I uświadomiłem sobie, że robię to samo, tak samo, jak wiele pokoleń naszych beskidzkich pasterzy przede mną.
To wszystko mnie ukształtowało. Potem przyszła muzyka, a z nią świadomość, że tu jest moje miejsce.
(indi)



