Dokładnie rok temu Zaolziem wstrząsnęła informacja: Nie żyje Bogusław Kokotek. Nie chcieliśmy wierzyć, informację potwierdzaliśmy w kilku źródłach, mając nadzieję, że to jednak plotka i będziemy mogli jeszcze nie raz się spotkać i porozmawiać.

Niestety, nie porozmawiamy, choć tematów niedokończonych została bardzo długa lista, za długa…

Przypominamy ostatnią z nim rozmowę dla „Zwrotu“. 

Czy duchowny może odejść na emeryturę?

Zależy, jaki duchowny. Niektórzy pewno się cieszą, że nareszcie mogą odpocząć. Ja jestem właścicielem takiego kodu genetycznego, który nie pozwala mi odpocząć. Ale to też jest szczególna Boża łaska. Służę więc Bogu i ludziom tak długo, jak to jest możliwe. Jak już nie będę miał sił, to Bóg sam da mi znać, że nadszedł czas odejść.

Jednak oficjalnie jest pan na emeryturze.

Tak, ale pomimo tego cały czas pracuję w służbie Kościoła, bowiem trzeba opiekować się mediami. Po rewolucji w 1989 roku znalazłem nową platformę do służby pastorskiej, czyli pracę w mediach. A teraz, kiedy jestem na emeryturze, kiedy oddałem już parafię, nie mam już tych wszystkich administracyjnych obowiązków, media pochłonęły mnie całkowicie. Wszystkie te administracyjne obowiązki bardzo mnie męczyły, nie jestem praktycznym człowiekiem, raczej takim oderwanym od ziemi, tak więc cieszę się, że mogę pracować w radiu, telewizji.

Od czego rozpoczęła się pana praca w mediach?

Po rewolucji po raz pierwszy zaproszono nas – księży do konsulatu w Ostrawie i tam spotkałem koleżanki, które pracowały w radiu ostrawskim. One najpierw zrobiły ze mną wywiad, a potem przyszły z pomysłem homilii, rozważań na antenie. Zgodziłem się na to. Później zwrócił się do mnie też „Głos Ludu”, gdzie wtedy pojawiła się stała rubryka „Głos Chrześcijan”, i tam też przygotowywałem okolicznościowe artykuły, które wychodziły przeważnie w czasie świąt.

Jednak najczęściej pojawiał się pan w radiu.

To prawda. Zaczynało się od okolicznościowych homilii, z czasem przybywało minut i tak po jakimś czasie chrześcijańska audycja była nadawana regularnie. Tam udało mi się nawiązać kontakt z dyrektorem radia, z redaktorem naczelnym i weszliśmy też na antenę z czeskimi audycjami „Slovo na cestu”. Również ta czeska audycja, z małymi przerwami, jest już nadawana ćwierć wieku. Chociaż ostatnio pojawia się w trochę innej formie i w innym programie, mianowicie w programie „Vltava”.

No i do tego dochodzi telewizja regionalna.

Chrześcijańskie programy zaczęliśmy nadawać sześć lat temu. Tutaj pierwotnie trwał cztery minuty, teraz już mamy znacznie dłuższe programy.

Czyli jest pan obecny na wszystkich platformach medialnych, oprócz Internetu.

No tak, przede mną jeszcze Internet.

Wszystkie audycje są ekumeniczne?

Oczywiście, wszystkie audycje są jak najbardziej ekumeniczne, przestrzegamy tej zasady. Z tym, że w telewizji więcej miejsca poświęcamy sprawom Kościoła rzymskokatolickiego. A w radiu, w „Głosie Chrześcijan”, prawie zawsze towarzyszy mi ksiądz katolicki z którejś parafii, czasami nawet nadają ze mną ze studia dostojnicy kościelni, biskupi. I dzięki temu, że nawiązaliśmy współpracę z duchownymi katolickimi, już wiele rzeczy udało nam się załatwić. Dzwonimy do siebie, chodzimy razem na kawę, nawet organizujemy wspólne wycieczki. To jest pozytywne. Zresztą bardzo dobre stosunki mamy nie tylko z księżmi katolickimi, ale też z duchownymi z innych kościołów – Kościoła apostolskiego, braterskiego, czesko-braterskiego, zborów chrześcijańskich.

Można powiedzieć, że to właśnie dzięki pracy w mediach udało się wprowadzić w życie praktyczny ekumenizm u nas?

Myślę, że można tak powiedzieć. Gdyby nie było tej platformy medialnej, siedzielibyśmy zamknięci w tych swoich parafiach, kościołach. To nie znaczy oczywiście, że nie mielibyśmy z sobą kontaktu. Co roku są obchodzone Ekumeniczne Tygodnie Modlitw, Tygodnie Modlitw o Jedność Chrześcijan. Ale to jest sprawa oficjalna, symboliczna, która trwa tylko tydzień. A tak spotykamy się prawie codziennie. Wiem, że parafie różnych kościołów w miastach spotykają się regularnie co miesiąc na wspólnych chwilach modlitw. Tak jest w Cieszynie, w Trzyńcu, Ostrawie, Hawierzowie i innych miastach.

Jeżeli spojrzymy na działania ekumeniczne, to prościej je prowadzić panu z Kościołem katolickim czy pomiędzy Kościołami protestanckimi?

Trudniej na pewno mają te Kościoły z ruchu protestanckiego, które powstały niedawno. Chociaż widzę, że i one są otwarte na ekumenizm i współdziałanie. Ale wszystko zależy od człowieka, od księży. O ile podchodzimy do siebie ze zrozumieniem, to nie powinniśmy mieć problemów we współpracy. A jako chrześcijanie nie powinniśmy inaczej do siebie podchodzić. Mogę powiedzieć, że osobiście w ciągu ostatniego ćwierćwiecza nie miałem absolutnie żadnych problemów z Kościołem rzymskokatolickim. Przyznaję, że mi, jako ewangelikowi, zarzucano aż zbytnie spoufalanie się z Kościołem rzymskokatolickim. Niektórym nawet nie podobały się nabożeństwa ekumeniczne, które celebrowałem w Jabłonkowie w ramach Gorolskigo Święta.

A parafia prawosławna?
Jest w Czeskim Cieszynie, nawiązaliśmy z nią kontakt i staramy się współpracować.

Niestety w Trzyńcu i Czeskim Cieszynie nie ma gminy żydowskiej.

Tak samo jak w Trzyńcu jeszcze do niedawna nie mieliśmy kontaktów z mniejszością niemiecką. Dopiero w tej kadencji zgłosiła akces do komisji ds. mniejszości narodowych.

Jeżeli spojrzymy na Polonię na świecie, to tam często Polacy koncentrują się właśnie wokół kościołów. Jak jest u nas?
Może zacznijmy od tego, jak było. Kościół ewangelicko-augsburski należał w czasach monarchii austro-węgierskiej do konsystorza w Wiedniu, później na krótko do konsystorza w Warszawie. Zaś miasto Cieszyn po obu stronach Olzy stanowiło jedną wielką parafię przy kościele Jezusowym na Wyższej Bramie. Kościół ewangelicko-augsburski pielęgnował polskość. Szczególnie robili to w okresie Wiosny Ludów nauczyciele i księża. To było jakby wpisane do kodu ewangelickiego na Śląsku Cieszyńskim. Kontynuatorem tego był ksiądz Józef Berger, który został przecież przez władze komunistyczne usunięty ze Śląska m.in. właśnie z tego powodu. To wszystko stanowiło podstawę, z której wyrastała polskość ewangelików nawet po oderwaniu w 1920 roku od Macierzy, od parafii wyższobramskiej. Ale to utrzymywanie polskości było naturalną rzeczą. Ludzie mówili językiem, jaki wynieśli z domu, zgłaszali się do tej narodowości, w której rodzice ich wychowali.

Dzisiaj sytuacja jest zgoła inna.

W związku z asymilacją przeważa już narodowość czeska również w naszych parafiach. Moim zdaniem przyczyniło się do tego też rozbicie Kościoła w 1989 roku. Osłabiło to potencjał narodowości polskiej. Wiem, że wszelkie podziały nie przynoszą nigdy niczego dobrego. Na obecną sytuację wpłynęła oczywiście również coraz większa liczba małżeństw mieszanych.

Znaczy to, że mamy się obrażać na większość czeską?

Absolutnie nie. Odpowiedzialności za to, że nie możemy sobie poradzić z własnymi problemami, nie możemy przenosić na innych. Nie możemy robić sobie wrogów z osób, które nimi nie są. A niestety często tak się dzieje. Ja to widzę chociażby w polityce samorządowej.

No właśnie, jak to się stało, że ksiądz został radnym?

Moja decyzja wejścia do polityki też ma wiele wspólnego z moją narodowością. Od zawsze starałem się być polskim księdzem, mówić poprawnie po polsku, wygłaszałem kazania przeważnie w języku polskim. Zresztą byłem do tego poniekąd zmuszony, będąc przez tyle lat proboszczem parafii czeskocieszyńskiej na Niwach, gdzie moich kazań słuchali profesorowie, nauczyciele – wstyd było nie mówić poprawnie i kaleczyć język.

I właśnie jako do Polaka zwrócili się do mnie panowie z Coexistentii z prośbą, czy nie startowałbym w wyborach z ich listy i nie pomógł w ten sposób Polakom w Trzyńcu dostać się do rady miasta. Po długich namowach zgodziłem się. Tych propozycji było wtedy kilka, z najróżniejszych stron, jednak postanowiłem wesprzeć właśnie polski ruch polityczny. Pod jednym warunkiem – chciałem kandydować jako niezależny. Zgodziłem się, ale wtedy absolutnie nie orientowałem się, co to jest polityka, co to są partie polityczne, jakie zależności w nich są.

Pierwszy szok przeżyłem, kiedy pojawiły się przedwyborcze ulotki, gazetki. Wtedy po raz pierwszy na nich pojawiło się moje zdjęcie i tekst, w którym wyjaśniałem, dlaczego jako pastor idę do polityki. Niestety zauważyłem też na ulotkach sporo kłamstw i oszust. Wtedy zacząłem się zastanawiać nad tym, w jakim towarzystwie się znalazłem i co tak naprawdę znaczy polityka.

Nie zniechęciło to pana?

Moim pierwszym odruchem była chęć rezygnacji. Ale po licznych rozmowach, w których przekonywano mnie do pozostania, postanowiłem jednak nie rezygnować i wesprzeć w ten sposób Polaków w Trzyńcu.

Ostatecznie jednak w połowie ubiegłego okresu wyborczego postanowił się pan rozstać z opozycją, w której znalazła się po wyborach Coexistentia, i dołączyć do koalicji skupionej wokół burmistrz Věry Palkovskiej. Osoby związane z Coexistentią mają to panu za złe, twierdzą, że zdradził pan Polaków.

Wyrażając zgodę na wpisanie mej osoby na listę wyborczą, zawsze podkreślałem swą niezależność polityczną. Nigdy nie byłem członkiem jakiejkolwiek partii lub stronnictwa politycznego. Podkreślałem i przy tym obstaję, iż politykiem nigdy nie byłem i nie jestem, bowiem byłbym marnym politykiem. Uważam jednak, iż jako obywatel miasta, Polak, zobowiązany przez elektorat mam prawo, a nawet obowiązek wypowiadać się zgodnie ze swoim sumieniem w sprawach publicznych. Mam też prawo wyrazić swój sprzeciw, i to nie, jak niektórzy sugerują, przeciwko Coexsitentii. Uważam, iż jako stronnictwo polityczne skupiające Polaków wykonało kawał dobrej roboty. (Chociaż, przyznajmy, i w innych partiach politycznych figuruje mnóstwo zacnych przedstawicieli naszej mniejszości.) Nawet komórki trzynieckiej organizacji Coexistentii nigdy nie poddawałem niesprawiedliwej krytyce. Nie mogłem jednak zgodzić się z postępowaniem pewnych jednostek w tej czy innej organizacji, które nie zawsze było zgodne z etosem chrześcijańskim oraz kodeksem moralnym.

Pomimo tych negatywnych doświadczeń nie zrezygnował pan z polityki i ponownie brał udział w wyborach samorządowych, ale już z innej listy wyborczej.

Zostało jeszcze parę spraw do załatwienia. Trzeba sfinalizować sprawę polskiego centrum szkolnego w Trzyńcu, które już przybiera konkretny kształt. Trzeba troszczyć się o polskie szkolnictwo w Trzyńcu. Powinniśmy uświadamiać społeczeństwu polskiemu, że malkontenctwo, ciągłe narzekanie na utrudnianie nam życia, szukanie jakiegoś przeciwnika, który chce nas zlikwidować i zniszczyć, nie jest dobrym rozwiązaniem. Powinniśmy się bardziej zainteresować sobą, życiem naszych rodzin, naszej młodzieży. Zmobilizować ludzi, by nie robić szowinistycznej polityki, ale budować naszą polskość według zasad chrześcijańskich i być przykładem dla społeczeństwa, w którym żyjemy, i temu społeczeństwu pomagać.

Brzmi to idealistycznie.

Ależ to jest zgodne z nauczaniem Jezusa Chrystusa. Niczego nowego nie wymyślimy. Proszę spojrzeć, co zmieniło się u nas po 1989 roku? Zmieniło się dużo, jednak trzeba zauważyć, że rewolucja z 1989 roku miała przynieść zmiany w zupełnie innym kierunku, miała spowodować zmianę międzyludzkich stosunków, zmianę zasad etycznych i moralnych. W tej kwestii nie zrobiliśmy niczego, poszliśmy w stronę ułudy dobrobytu. Uważam, że możemy w tym wielokulturowym społeczeństwie, które jest przecież tak bogate, zachować swoją tożsamość, a równocześnie wzbogacić życie większości.

Ale powiedzmy sobie szczerze, w Trzyńcu jeszcze parę lat temu stosunki czesko-polskie nie były takie pozytywne, jak pan je teraz maluje. I wiele złego zrobili też ci, z którymi w chwili obecnej pan współpracuje – wystarczy wspomnieć zamknięcie szkoły na Tarasie czy też blokowanie wprowadzenia podwójnego nazewnictwa.

To prawda, były problemy. Trzeba było siąść do stołu i porozmawiać. Konieczna była atmosfera spokoju, równowagi. Rozmowy, które prowadziłem z panią burmistrz, z kierownictwem miasta, były rozmowami duszpasterskimi. I zauważyłem, że oni potrzebowali tego spokoju, zawieszenia broni. Nagle przyszedł do nich Polak, który spokojnie im wytłumaczył swoje racje i nie atakował ich. Wiele dobrego zrobiła w tej kwestii też konsul generalna Anna Olszewska i trzeba jej za to podziękować. Ważne jest, by pewne rzeczy społeczeństwu większościowemu pokazać, by mogło zapoznać się z naszymi wartościami, a nie tylko z zaciśniętą pięścią.

Twierdzi pan, że trzeba puścić w niepamięć tamte wydarzenia?

W „Księdze proroka Izajasza” jest takie ciekawe miejsce, w którym jest napisane: „Wspomnijcie na rzeczy dawne, odwieczne”. A parę wersów dalej: „Zapomnijcie o rzeczach dawnych”. Tak więc w moim odczuciu Bóg daje nam możliwość pamiętania o tym, co dobre, a puszczenia w niepamięć tego, co złe.

A  kwestia narodowości w sensie zachowania własnej tożsamości, patriotyzmu, powrotów do własnych korzeni jest aż nadto zrozumiale wytłumaczona w przekazie „Księgi objawienia św. Jana Apostoła”. Właśnie tam, w wizji zbawionych, którzy stać będą przed Bożym tronem, znajdą się ludzie wszystkich narodów, ras i języków. Czyż takie właśnie Boże wybranie i zarazem wyróżnienie nie powinno nobilitować nas do godnego i prawdziwego człowieczeństwa, uświęconego wielką Bożą łaską okazaną nam w zbawczym dziele Jezusa Chrystusa?

(„Zwrot” 2015 nr 8)

Tagi: ,

Komentarze

Czytaj również

Senat Rzeczypospolitej Polskiej Ministerstvo Kultury Fundacja MSZ Fortissimo haloCieszyn

www.pzko.cz www.kc-cieszyn.pl www.prekladypygmalion.cz

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą.
Projekt byl realizován za finanční podpory Úřadu vlády České republiky a Rady vlády pro národnostní menšiny.

Website Security Test